
Czasem można odnieść wrażenie, że książki o radiu to zanikająca gałąź na rynku księgarskim. Zapoczątkowana w 1995 roku tradycja wydawania albumów z okazji okrągłych urodzin polskiej radiofonii po roku 2015 nie jest już kontynuowana. Cieszy zatem, że w 2023 roku ukazała się publikacja poświęcona barwnym początkom komercyjnej radiofonii w Polsce. To książka prof. Urszuli Doliwy „Piraci w eterze”. A jeszcze bardziej cieszy, że w 2025 roku potrzebny był jej dodruk, który wciąż można nabyć na stronie internetowej wydawnictwa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. W ostatnim czasie udało mi się porozmawiać z Autorką.
Krzysztof Sagan: To już kolejna Twoja książka o polskiej radiofonii. Najpierw pisałaś o radiu studenckim, potem o radiu społecznym, tutaj skupiłaś się na piratach lat dziewięćdziesiątych. Wydaje się, że wspólnym mianownikiem oprócz radia jest tu pasja… Czy tak?
Urszula Doliwa: Tak. Podświadomie chyba zawsze jej właśnie szukam w radiu, bo to jest to, co mi się w radiu najbardziej spodobało, kiedy zetknęłam się z nim w latach dziewięćdziesiątych. Miałam okazję przyglądać się jak powstaje lokalna stacja radiowa w moim rodzinnym mieście Piotrkowie Trybunalskim i to było coś absolutnie wyjątkowego. Miałam wrażenie, że wszyscy najbardziej pozytywnie zakręceni i kreatywni ludzie zgromadzili się wtedy wokół tej stacji – spędzali w niej wiele godzin. Nawet reklamy, były wtedy dziełami sztuki – specjalnie komponowano do nich muzykę i wymyślano do niej teksty, śpiewano i grano te kompozycje w studio; powstawały słuchowiska, organizowano koncerty. Do tego dochodził ogromny entuzjazm słuchaczy, którzy masowo tego radia słuchali i brali udział w akcjach i wydarzeniach przez radio organizowanych. Patrzyłam na to wszystko oczami licealistki i to wydawało mi się po prostu wspaniałe. Książka o piratach radiowych z lat dziewięćdziesiątych to więc taka trochę podróż sentymentalna i hołd oddany ludziom, którzy z ogromną pasją i zaangażowaniem to radio tworzyli. W powstaniu tej książki miałeś zresztą istotny udział. Wspólnie zaczęliśmy zgłębiać niektóre „pirackie” tematy i tak zrodził się pomysł na tę książkę. Nie bez znaczenia okazała się też Twoja pasja do badania historii radia – zobaczyłam, że ktoś może mieć na tym punkcie jeszcze większego bzika niż ja i to było wspaniałe i inspirujące. Korzystałam też oczywiście z Twojej wiedzy, weryfikując pewne informacje i odnosiłam się często do Twoich publikacji w tej książce. Więc jeszcze raz – bardzo za to wszystko dziękuję.
Ja również. Dla mnie to też była inspirująca współpraca.
Te rozgłośnie z początku lat dziewięćdziesiątych później zaczynały się zmieniać, profesjonalizować, komercjalizować, a w dłuższej perspektywie też upadać. Nastąpił proces sieciowania lokalnych rozgłośni radiowych, często stawały się one tylko lokalnym oddziałem dużej stacji. Nie mieszkałam już w Piotrkowie Trybunalskim, a w Warszawie, a potem w Olsztynie. W pewnym sensie jednak to doświadczenie licealne wpłynęło na to, że to radio zostało ze mną na długie lata. Podczas studiów, dziennikarskich zresztą, na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczęłam współpracę z Polskim Radiem BIS, a po przeprowadzce do Olsztyna z Polskim Radiem Olsztyn. Zaczęłam też pracę na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, gdzie utworzono kierunek dziennikarstwo i komunikacja społeczna. I oczywiście zabrałam się za badania nad radiem, w których wciąż poszukiwałam tej pasji, która towarzyszyła radiowcom stacji lokalnych w latach 90. Stąd doktorat o radiu studenckim, w którym ta pasja, mam wrażenie, jest cały czas obecna. Podczas prac nad tym doktoratem zrozumiałam, że radio studenckie można postrzegać jako część szerszego zjawiska jakim jest trzeci sektor radiofonii – są to stacje, które nie są ani publiczne, ani komercyjne. Często są nazywane stacjami społecznymi lub obywatelskimi. Niestety w Polsce ta koncepcja nie jest na tak dobrze znana i rozpowszechniona tak, jak w innych krajach na świecie. Mnie ona jednak na tyle zafascynowała, że postanowiłam nie tylko napisać książkę o tym sektorze radiowym, ale także działać na rzecz jego promocji na poziomie polskim i europejskim. Przez wiele lat współtworzyłam organizację, która reprezentuje ten sektor mediów na naszym kontynencie Community Media Forum Europe, będąc nawet przez pewien czas jej wiceprezesem. Od dziesięciu lat wraz z Martą Więckiewicz-Archacką tworzę też audycję o mediach „Mediofon” na antenie naszej lokalnej niekomercyjnej stacji radiowej UWM FM.
W książce nie brakuje wspomnień twórców stacji radiowych z początku lat dziewięćdziesiątych, nie jest to jednak jedynie podróż sentymentalna… to też analiza tego, jakie popełniono wówczas błędy i dlaczego dziś rynek radiowy wygląda tak, jak wygląda.
Tak, miałam rzeczywiście nadzieję, że otworzy ona trochę oczy na problem, który nie jest powszechnie dostrzegany – niewiele zrobiono, żeby ochronić i dać się rozwijać niezależnym, prawdziwie lokalnym stacjom radiowym i przez to my, jako społeczeństwo, wiele straciliśmy.
W projektowaniu polskiego systemu medialnego popełniono moim zdaniem szereg błędów, które przyczyniły się do zaniku niezależnych stacji lokalnych. Na przykład nie wprowadzono w latach dziewięćdziesiątych do systemu trzeciego, niekomercyjnego i niepublicznego sektora mediów, zmuszając małe rozgłośnie do funkcjonowania na zasadach czysto komercyjnych lub eliminując je z rynku. Na te, które taką koncesję uzyskały, nałożono takie same obowiązki finansowe, koncesyjne i administracyjne, jak na duże podmioty, bez mechanizmów ochronnych czy ulg. Dodatkowo na początku umożliwiono stacji RMF FM lokalne rozszczepianie programu – w tym reklam, co doprowadziło do nierównej konkurencji. Wysokie koszty funkcjonowania, płytkie lokalne rynki reklamowe, brak skutecznej ochrony przed koncentracją rynku sprzyjały przejmowaniu lokalnych rozgłośni przez duże grupy medialne.
W efekcie polityka państwa, oparta na zaufaniu do mechanizmów rynkowych, doprowadziła do dominacji ujednoliconych, komercyjnych formatów radiowych, marginalizacji inicjatyw obywatelskich oraz ograniczenia lokalnej różnorodności i prodemokratycznego potencjału radia.
Kiedy sięgam dziś do publikacji z lat dziewięćdziesiątych siłą rzeczy konfrontuję je z tym, co z tamtego okresu zapamiętałem. Czasem jest to jak zderzenie „kraju lat dziecinnych” z rzeczywistością historyczną. Czy jest coś takiego, co zapamiętałaś inaczej? Coś Cię zaskoczyło?
Lata dziewięćdziesiąte to był wyjątkowy okres w polskiej historii. Podczas badań na wiele takich ciekawostek można natrafić. Zaskoczyło mnie na przykład to, że mimo dużych różnic politycznych i światopoglądowych ludzie przynajmniej próbowali się porozumieć, zwłaszcza w sprawie wspierania lokalnych stacji radiowych, które uznawano często za pewne dobro wspólne, które należy chronić. Ślady takiego porozumienia ‘ponad podziałami’ znalazłam artykułach prasowych, których kwerendę na potrzeby tej książki przeprowadziłam. Na przykład łamach „Czasu Krakowskiego” donoszono, że, gdy dyrektor Radia Delta z Bielska-Białej otrzymał decyzję o zamknięciu radia, listy do ministerstwa słały osoby prywatne i instytucje: niepełnosprawni i wyczynowi sportowcy, życiowi outsiderzy oraz rajcy z wojewodą na czele, agendy KPN i SLD, ZChN i Unii, organista Jerzy Kukla i miłośnik kiczu Franciszek Kukiołw, były poseł Janusz Okrzesik i jego przeciwnik z sali sądowej Antoni Jodkiewicz, komendanci policji i prywatny detektyw. Czy to nie było wspaniałe?
A czy dziś dostrzegasz pasję w eterze?
Jest jej coraz mniej, nad czym boleję. Dzieje się tak przede wszystkim w wyniku ujednolicania oferty medialnej, komercyjne sieci radiowe tworzą program bardzo mocno sformatowany. Nie ma w nim za bardzo miejsca na jakieś nowe pomysły, które mogłyby słuchacza czymś zaskoczyć, także pod względem muzycznym. Myślę, że rozwój sztucznej inteligencji może się przyczynić do dalszego ujednolicania radiowego brzmienia.
To na pewno temat na osobną rozmową. Ale wracając do tej pasji – czy nie jest tak, że swego rodzaju odpowiednikiem tych pierwszych piratów są dziś legalne stacje okazjonalne, których działalność rozwinęła się podczas pandemii koronawirusa?
Myślę, że to bardzo ciekawe zjawisko, któremu warto się bliżej przyglądać. Rozwój silnych, niekomercyjnych sektorów radiowych często tak właśnie się zaczynał – od koncesji na emisje okazjonalne. Tak na przykład przez wiele lat było w Wielkiej Brytanii. Zanim wprowadzono The Community Radio Order w 2004 roku, na mocy którego powstał pełnoprawny trzeci, społeczny sektor radiowy, już w latach osiemdziesiątych XX wieku powstawały stacje zakładane przez małe społeczności: wyższe uczelnie, miasteczka studenckie i organizacje społeczne. Otrzymywały one właśnie takie koncesje krótkookresowe – takich koncesji przyznawano nawet 400 rocznie – lub na nadawanie małej mocy.
A czy myślałaś o udokumentowaniu działalności piratów działających już po drugim procesie koncesyjnym?
Tak, oczywiście. Ci współcześni są także bardzo interesujący. Zgłaszają się do mnie różne osoby, które dokumentują działalność takich stacji w różnych regionach Polski. Myślę więc, że materiały by się znalazły. W pierwszej kolejności chciałabym zająć się jednak stacjami, które rozpoczęły działalność jako pirackie rozgłośnie w latach dziewięćdziesiątych, uzyskały koncesję i nadal nadają. Szczególnie interesują mnie rozgłośnie, które działają jako niezależne stacje lokalne i nie należą do grona stacji religijnych, samorządowych czy akademickich. Takich niezależnych stacji lokalnych, które zaczynały jako piraci radiowi na początku lat dziewięćdziesiątych, zostało już mniej niż 10. Jestem ciekawa jak to zrobiły, jaka jest ich recepta na sukces. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego jak funkcjonują. Moim zdaniem nie byłoby to możliwe bez ogromnej determinacji i zaangażowania osób, które za tymi stacjami stoją. Warto też pokazać z jakimi problemami muszą się borykać. Sytuacja mediów lokalnych jest bowiem bardzo trudna i coraz głośniej mówi się o tym, że jeżeli chcemy, żeby te niezależne media lokalne przetrwały, to powinniśmy je jakoś wesprzeć.
Zdradzisz o czym będzie kolejna książka?
Obecnie pracuję głównie nad dwoma tematami – jeden to media lokalne właśnie. Znajdują się one dziś w punkcie zwrotnym. Rynek medialny jest silnie skoncentrowany, a dominującą pozycję zajmują globalne platformy cyfrowe. Korzystając ze swojej skali działania i przewag rynkowych, skutecznie przejmują one budżety reklamowe. Skutkiem tych procesów są rosnąca centralizacja produkcji informacyjnej i redukcja lokalnych budżetów redakcyjnych. Raport Centre for Media Pluralism and Media Freedom z 2022 roku wskazuje, że niektóre obszary kraju można uznać za „pustynie informacyjne” – miejsca, gdzie nie funkcjonują żadne niezależne media lokalne – ani prasowe, ani radiowe, ani cyfrowe. Media lokalne borykają się z problemami finansowymi, brakami kadrowymi i uzależnienie od środków publicznych. Jednocześnie rośnie konkurencja ze strony mediów samorządowych, które – finansowane z budżetów lokalnych – zaburzają rynkową równowagę. Warto więc pokazywać jaką rolę społeczną pełnią takie niezależne media lokalne.
Drugi temat, który od jakiegoś czasu bardzo mnie interesuje, to temat radia więziennego. Choć jest to medium wciąż mało znane, to jednak szybko się rozwija. Mogę ten rozwój śledzić w wymiarze globalnym, ponieważ od kilku lat mam zaszczyt współtworzyć Prison Radio International – organizację, która łączy osoby zajmujące się radiem więziennym z całego świata, od Wielkiej Brytanii po Australię. To przestrzeń wymiany doświadczeń, inspiracji i wsparcia dla ludzi, którzy wierzą, że radio może być narzędziem pozytywnej zmiany społecznej. Wspólne spotkania, rozmowy i projekty badawcze pokazują, że niezależnie od języka czy systemu penitencjarnego, idea w tych projektach pozostaje ta sama – oddanie głosu tym, którzy są często tej możliwości pozbawieni – więźniom, ale też ich rodzinom i pracownikom zakładów karnych. Udział w działaniach Prison Radio International pozwala dostrzec, jak wiele łączy projekty radiowe z różnych kontynentów, ale też pozwala się przekonać, jak wiele jest pomysłów na radio więzienne na świecie i jak wiele można się nauczyć przyglądając się im z bliska i poznając ludzi, którym idea tworzenia radia więziennego jest bliska sercu. W Polsce rozpowszechniony jest model działania radia więziennego, który nie jest często praktykowany w innych krajach. Niemal w każdym zakładzie karnych i areszcie śledczym funkcjonuje bowiem radiowęzeł więzienny, a w Polsce jest ich w sumie około 120. Skala tego zjawiska jest więc ogromna. Przez większość czasu w głośnikach, które znajdują się w każdej celi, retransmitowane są programy powszechnie dostępnych stacji radiowych. Nadawane są też jednak programy własne, w ramach których zazwyczaj pojawiają się głównie komunikaty organizacyjne, informacje prawne, treści edukacyjne i resocjalizacyjne czy konkursy. Taki program trwa z reguły kilkanaście minut. Potencjał takich stacji jest jednak zdecydowanie większy i przy odpowiednich zasobach i woli eksperymentowania oraz czerpania z doświadczeń innych projektów radia więziennego na całym świecie, można go z pewnością wykorzystać w jeszcze szerszym zakresie.
Czy z tych wstępnych badań i przemyśleń powstaną książki? To się okaże, ale myślę, że choć książka o kondycji mediów lokalnych powinna powstać, to trudno mi ją będzie samodzielnie napisać – może uda się we współpracy z innymi badaczami. Bardziej prawdopodobne jest chyba stworzenie samodzielnie jakiejś publikacji o fenomenie radia więziennego dla polskich czytelników, żeby pokazać jak ciekawe pomysły na całym świecie są eksplorowane na robienie radia nawet w najtrudniejszych warunkach i dlaczego radio więzienne może być istotne ze społecznego punktu widzenia.
Dziękuję za rozmowę.


Comments
Do radii niezależnych lokalnych, nie samorządowych, nie religijnych i nie akademickich należy łódzkie Radio Parada (96.0 MHz). Zaczynało jako pirat i nawet "przećwiczyli" wyłączenie przez ówczesne UKE. Stacja jednak po mniej więcej pół roku wznowiła nadawanie już z koncesją. Także do tematu o radiu więziennym można ich podciągnąć gdyż w tamtych latach rodziny aresztantów wykorzystywały stację do różnych pozdrowień. Ja akurat słuchaczem nie jestem ale życzę im dobrze. Nie wiedziałem że takich stacji w Polsce została mniej niż dycha.