
Z książką Bogdana Tuszyńskiego, legendarnego sprawozdawcy sportowego Polskiego Radia, jest trochę jak z typowymi zawodami – mówiąc wprost, nie każdy fragment jest równie pasjonujący. Owszem, są momenty kiedy nie można oderwać się od czytanego tekstu… ale są też takie, które dłużą się bardziej niż opisy przyrody w „Nad Niemnem”. A to za sprawą formuły, na którą autor się zdecydował – oddaje on głos (a w zasadzie pióro) bohaterom i świadkom wydarzeń z historii radiowego sportu, rolę narratora znacznie marginalizując (wizualnie podkreśla to zmiana kroju czcionki). Tymczasem jasne jest, że inaczej czytać się będzie wspomnienia z imprez sportowych spisane przez Witolda Dobrowolskiego czy Wojciecha Trojanowskiego… a inaczej sprawozdania z zebrań z lat pięćdziesiątych, niezależnie od tego, jak ważne dla przyszłości sportu w radiu one były. Niekiedy na końcu pasjonujących relacji brakuje informacji, jakim wynikiem skończyły się dane zawody… Pewnie autor obudzony w środku nocy wskazałby, które miejsce zajął Sobiesław Zasada w samochodowym maratonie Londyn-Sydney w roku 1968… dla czytelnika z roku 2020 nie jest to jednak oczywiste…
Książka – choć wydana w roku 1993 – obejmuje okres od roku 1925 do 1981, kiedy Bogdan Tuszyński przeszedł na emeryturę. Autor do sportu w radiu podszedł wielotorowo. Nie można mu też odmówić doskonałego researchu – mnóstwo tu cytatów z różnych publikacji oraz zdjęć, również ze zbiorów prywatnych. Jednak częste zmiany koncepcji sprawiają wrażenie, że te czterysta stron przepełnione jest chaosem… Początkowo autor skupia się praktycznie na każdej imprezie sportowej znajdującej swoje miejsce na radiowej antenie… ale też na tych, które takiego miejsca nie znalazły (jak np. Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie w roku 1928). Na kolejnych stronach środek ciężkości przenosi się na radiowców, po drodze zahaczając jeszcze o technikę i teorię sportu w radiu… a następnie ponownie skupia się na imprezach… i znów na radiowcach (40 stron o Wojciechu Trojanowskim – w tym jego pracy w BBC i Wolnej Europie). W okresie powojennym – Tuszyński był w radiu od roku 1953 – do tej „karuzeli” dochodzą jeszcze osobiste nawiązania… np. o przełożonych, sporach z telewizją czy (marnych) stawkach za godzinę transmisji. Jako swego rodzaju rodzynki wymienić można „radiową kuchnię” z transmisji „Wyścigu Pokoju” („Halo, tu helikopter”) czy Igrzysk Olimpijskich (zwłaszcza ostatnie „przedsatelitarne” w Tokio w roku 1964). I dla tych „momentów” zdecydowanie warto… zwłaszcza, gdy ktoś nie zna „Tuszyńskiego w saneczkach” czy „ach jaka szkoda, że Państwo nie mogą tego zobaczyć”…
Comments
There are no comments