RadioPolska.pl - Jeszcze więcej radia!

Jeszcze więcej radia!

„Silva Rerum - rekonstrukcja losów kresowej rodziny”

Joanna Petry-Mroczkowska (rozmowa z autorką)

03-01-2026
Po godzinach: „Silva Rerum - rekonstrukcja losów kresowej rodziny”, Joanna Petry-Mroczkowska (rozmowa z autorką)

Wraz z nadejściem jesieni na półki księgarskie trafiła nowa książka Joanny Petry-Mroczkowskiej, wnuczki dyrektora rozgłośni Polskiego Radia we Lwowie, WIlnie i Wrocławiu oraz współtwórcy polskiej telewizji – Juliusza Petry'ego. Opisała ona losy Dziadka oraz jego rodzeństwa – dzieciństwo i młodość pod zaborami, działalność w II Rzeczypospolitej, gehennę II wojny światowej oraz nową rzeczywistość PRL-u. Choć nie jest to książka stricte „radiowa”, uzupełnia i porządkuje publikowane wcześniej materiały dotyczące pracy Juliusza Petry'ego..Po lekturze porozmawiałem z autorką…

 

Krzysztof Sagan: W 2025 roku obchodziliśmy stulecie polskiej radiofonii i 95. rocznicę uruchomienia Polskiego Radia we Lwowie. W tym czasie w księgarniach pojawiła się książka przybliżająca losy dyrektora tej rozgłośni Juliusza Petry'ego i jego rodziny. Czy taki był zamysł?

Joanna Petry-Mroczkowska: Jednak nie, choć rocznice to zawsze niezła okazja do wyprowadzenia czegoś z zapomnienia lub utrwalania pamięci. Stulecie radia to bardzo ważna data dla kultury. W moim przypadku geneza książki była inna. Zaczęły coraz częściej pojawiać się pytania o zapomnianą a wybitną artystkę, najmłodszą siostrę mojego Dziadka, wspomnianego Juliusza Petry’ego. Janina Petry-Przybylska wymagała wydobycia z niebytu, za który trudno konkretnie kogoś winić, ale to jednak mały dramat, niesprawiedliwość dziejowa. Nazywana była lwowską Stryjeńską. Tą cioteczną babką Janką zamierzam zajmować się dalej, na ile sił starczy.

Jako przedstawiciel braci radiowej cieszę się zatem, że pierwotny zamysł dotyczący książki został poszerzony. Słysząc o swoim Dziadku, że żadne radio poza Lwowem nigdy nie miało i mieć nie będzie takiego dyrektora, pewnie była Pani dumna…

Od najmłodszych lat, bo taka była rodzinna tradycja, żyłam w atmosferze podziwu dla Dziadka. Ale teraz mogę powiedzieć, że udało mi się udokumentować powody, dla których owa duma jest w pełni uzasadniona. To był literat, poeta, a jednocześnie wizjoner-organizator, człowiek obdarzony poczuciem humoru, „mrówczo” pracowity, taktowny, towarzyski, ogromnie życzliwy innym, zawsze gotów pomóc, wzbudzający powszechną sympatię. Czego można chcieć więcej?

Podczas lektury niejednokrotnie odczuwałem smutek czy wręcz złość na te wszystkie przeciwności losu, z którymi mierzyła się Pani rodzina. Począwszy od wygnania z rodzinnego miasta, poprzez tragedie na nieludzkiej ziemii po zderzenie z powojennymi realiami. Jakie emocje towarzyszyły Pani przy odkrywaniu tych losów? Też coś Panią irytowało?

Pisząc nie miałam złudzeń, wiedziałam, że różowo nie będzie. W miarę upływu  czasu – koleje życia tych ludzi  stawały się coraz trudniejsze. Komplikowała się historia Polski i ich losy się komplikowały. Urodzone w latach 1890-1900 „pokolenie Niepodległości”, walczące w I wojnie światowej, mogło wykazać patriotyzm, hart ducha, miało poczucie misji. To oni jako pierwsze pokolenie od ponad wieku budowali nowe struktury państwowe i pracowali dla Rzeczypospolitej, o której wskrzeszeniu w dzieciństwie marzyli. Szybko jednak nastąpiło światowe trzęsienie ziemi, które w Polsce przybrało formę tsunami.

Ale to  rodzeństwo, na którym się skupiam w książce, było zahartowane przez skromne warunki, serdeczne, choć twarde wychowanie domowe, kontakt z przyrodą, atmosferę uczciwości i pracowitości. Było zaprawione do niewygód. Ale niewygody to oczywiście nie rodzinne dramaty i klęska świata, który im odebrano. Nigdzie, w żadnym dokumencie nie znalazłam, żeby rozpaczali. To byli silni duchowo ludzie dzielni, gotowi służyć swoim ideałom w każdych warunkach. Tak, „służyć ideałom”, choć to pewnie dzisiaj brzmi ckliwie albo wręcz podejrzanie. Te ideały „niepodległościowo-postępowe”, jak się wtedy mówiło, były sensem i celem życia. Ale właśnie to stanowi asumpt, żeby dziś powiedzieć „chwała zwyciężonym”, bo nie w „zwycięzcach”, a w zwyciężonych przetrwały  najlepsze polskie wartości.

Pyta Pan, co irytuje. Najbardziej to, jak cichaczem fałszuje się historię, zawlaszcza kulturowe dziedzictwo i usiłuje wypaczyć pamięć. W czasaach PRL-u ojciec, urodzony w 1925 roku, miał w dowodzie osobistym zapis: miejsce urodzenia Lwów – ZSRR. Teraz, choć od innej strony, nie brak prób przemilczania faktu, ze Lwów, Semper Fidelis, zawsze wierny, był miastem polskim od swoich początków przez długie stulecia.

W przytaczanych wspomnieniach często pojawiają się zapomniane dziś chyba słowa „szlachetny”, „szlachetna”… Miała Pani poczucie obcowania z innym, lepszym(?) światem?

Świat naturalną koleją rzeczy się zmienia i widać to w języku, którym się posługuje. Przymiotniki, którymi dawniej charakteryzowano działania ludzkie –szlachetny, niezłomny, prawy, porządny, przyzwoity – zastąpiono innymi. Weźmy przykład. Współczucie wypadło z użycia, dziś modne jest propagowanie empatii. Ale jak się zastanowimy, to „wczucie się w drugiego człowieka” nie służy tylko „dobrym” celom, także oszustom, manipulatorom może ułatwić  kontrolę nad upatrzonymi ofiarami. Wrażliwość? Jaki efekt społeczny przyniesie, jeśli będzie dotyczyła wyłącznie siebie, a nie drugiego człowieka? Egotyzm jest chyba plagą naszych czasów. Mówi się o dzisiejszej kulturze narcyzmu. Nie ma w niej miejsca na altruizm, skromność, szlachetność.

Czy trafiła Pani na jakieś informacje, które Panią zaskoczyły?

We wczesnej młodości odkryłam w sobie „żyłkę detektywistyczną”, która nie wzięła się z czytania kryminałów – bo ich nie czytałam, nie licząc paru opowiadań o Sherlocku Holmesie – a z upodobania do uważnej obserwacji i dedukcji, żeby lepiej zrozumieć. Bardzo podoba mi się spostrzeżenie Alfreda Adlera, wybitnego austriackiego psychiatry, psychologa i pedagoga, twórcy psychologii indywidualnej, że człowiek znacznie więcej wie niż rozumie, i mam ambicję, żeby zmniejszyć w sobie tę dysproporcję. W moim przypadku to rekonstruowanie historii rodzinnej przynosiło codziennie małe i większe odkrycia, bo pole zainteresowania było bardzo rozległe, a „wiedza wyjściowa” nader skromna. Zaskoczyło może to, jak często na mojej drodze – wydawało się, że  przypadkowo – zjawiali się ludzie, którzy pomagali mi w poszukiwaniach, nawet  bardzo skomplikowanych. 

Jeśli chodzi o Dziadka Juliusza, to pojawiał się on w wielu wspomnieniowych publikacjach dotyczących Radia Lwów czy Radia Wrocław, ale opartej na dokumentach biografii do tej pory nie było…

Nieskromnie powiem, że pewnie wzbogaciłam wiedzę o tym wybitnym radiowcu, ale mam świadomość, że białe plamy pozostały. Niewiele jest „twardych” śladów Dziadka. Wspomnień nie zostawił. Zachowało się zaledwie kilka Jego prywatnych listów z ostatnich lat życia. Powiedziano mi na przykład, że nie ma w archiwach nagrania z Jego głosem. Poginęły w zawierusze? Te publikacje wspomnieniowe z zewnątrz, o których Pan napomknął, są cenne, bo wprowadzają perspektywę bliższą obiektywizmowi. Dają pojęcie, co to był za człowiek, który nie szukał poklasku i  nie wiedziałby – ani nie chciałby wiedzieć – co znaczy słowo „celebryta”.

…i dzięki tym materiałom źródłowym odkręca też Pani pewne fałszywe informacje powracające we wspomnieniach współpracowników i badaczy
historii radia.

Spośród wszystkich wydarzeń w życiu radiowym Dziadka na pierwsze miejsce awansował epizod dotyczący Jego zwolnienia z pracy za dopuszczenie na antenę dowcipów uznanych za niestosowne, wypowiadanych pod adresem wysokich urzędników państwowych w audycji Wesołej Lwowskiej Fali. Muszę odesłać do książki, bo to dłuższa historia. Skomplikowano ją myląc przyczyny i wypaczając chronologię. Powstał mit, który udało się skorygować.

A czy pozostały jeszcze jakieś historie do odkrycia? Potwierdzenia?

Bywa, że już po opublikowaniu artykułu czy książki, ktoś z czytelników ma do dodania istotny szczegół. Na początku tej sagi wspomniałam o krewnych – rodzinie siostry mojego pradziadka Józefa, ojca Juliusza i Jego sióstr. Nie byłam w stanie znaleźć o nich informacji i napisalam, że ta nić się dla mnie urwała. Tymczasem – znów dzięki nadzwyczajnej pomocy „losu” – dziś mam sporą wiedzę w tym względzie. A ta dalsza rodzina, rówieśnicy Dziadka, okazała się arcyciekawa. Najwyższego kalibru bohaterzy wojen i pracy dla kraju.

Dziękuję za rozmowę i za tę książkę.

Chciałabym, żeby trafiła do tych, których mogłaby zainteresować. Rozmowa z Panem daje na to kolejną szansę. I ja dziękuję.

Comments

There are no comments

Post a comment