Pocztówka z Paryża

Gdyby losowych uczestników „Familiady” zapytać o najbardziej znany i najczęściej fotografowany obiekt nadawczy na świecie, z całą pewnością wśród najwyżej punktowanych odpowiedzi znalazłaby się paryska wieża Eiffla. Co ciekawe, gdy powstawała ta mierząca ponad trzysta metrów i ważąca ponad siedem tysięcy ton konstrukcja z kutego żelaza, nikomu nie śniło się, że kiedykolwiek taką rolę będzie ona pełnić… A to z prostego powodu – wieża stanęła w roku 1889, a więc kilka lat przed eksperymentami Tesli, Marconiego i Popowa. Jedno jest pewne – nikt wcześniej niczego podobnego nie zbudował… choć niektórzy próbowali. Już w 1832 roku angielski wynalazca i inżynier Richard Trevithick zaprojektował żeliwną kolumnę mierzącą 1000 stóp. Miała ona upamiętniać wprowadzenie na Wyspach reformy prawa wyborczego. Niestety jej pomysłodawca zmarł zanim zebrał potrzebne na ten cel fundusze. Cztery dekady później przedstawiono projekt 300-metrowego słupa o średnicy 9 metrów – szybu windy otoczonego kręconymi schodami – pod ażurowym, rozszerzającym się ku dołowi „kloszem”. Autorem tej koncepcji był David Reeves z zakładu Clarke and Reeves Phoenix Iron Works… I tu również na drodze do realizacji planów stanęły pieniądze, a w zasadzie ich brak. Z innym problemem zmagali się francuscy inżynierowie Amédée Sébillot i Jules Bourdais, którzy tak wysoką konstrukcję chcieli wyrzeźbić z granitu.
Jeśli zaś chodzi o to, co działo się później, to wieża Eiffla doczekała się mniej lub bardziej podobnych klonów w wielu miejscach na świecie. Pisaliśmy już na łamach RadioPolski, że miastem nasyconym mniejszymi i większymi kopiami przed wybuchem pełnoskalowej wojny na Ukrainie była Odessa. Na wzór francuskiej konstrukcji wybudowana została też opisywana już w naszym cyklu wieża Tokio Tower, a także nieprzedstawiana tu jeszcze Wieża Petrzyńska w czeskiej Pradze. Sto lat temu zapowiadano też ustawienie 17-metrowej miniatury w Poznaniu przy ulicy św. Marcin, tuż obok Hotelu Brytania (później Lech). Miała to być oświetlona przez 1500 żarówek o jasności 38000 świec powierzchnia reklamowa dla firm mających swoje stoiska na pierwszym Międzynarodowym Targu Poznańskim. Wróćmy jednak do oryginału.
Na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku podjęto decyzję o organizacji w Paryżu Wystawy Światowej w roku 1889. Wybór tej daty nie był przypadkowy, miała ona bowiem upamiętniać stulecie rewolucji francuskiej. Wtedy też postanowiono, że z tej okazji wybudowane zostanie coś, co zadziwi świat. Za przygotowanie koncepcji w firmie Gustave’a Eiffla odpowiadali inżynierowie Émile Nouguier i Maurice Koechlin. W czerwcu 1884 roku ten drugi narysował pierwszy szkic trzystumetrowej ażurowej wieży z sześcioma tarasami. Rysunek nie zyskał jednak aprobaty szefa. Wtedy za poprawki wziął się Stephen Sauvestre, czołowy architekt firmy… i efekty jego pracy – z niewielkimi zmianami – możemy podziwiać do dziś. Dlaczego zatem wszyscy mówią o wieży Eiffla? Pod koniec roku twórca firmy po prostu odkupił prawa autorskie do opatentowanego i zaprezentowanego publicznie projektu… i przystąpił do lobbowania na rzecz jego budowy.
W maju 1886 roku ogłoszono konkurs na projekty budowli mających stanąć na terenie wystawowym. Zawarte w nim założenia dotyczące wieży były zgodne z projektem lansowanym przez Eiffla – lobbing okazał się zatem skuteczny. Przez siedemnaście dni oczekiwania na oferty wpłynęło łącznie 107 prac. Ile z nich dotyczyło wież historycy nie odnotowali. Francuska Wikipedia wspomina o co najmniej dwóch pokonanych projektach – pierwszy autorstwa Josepha Cassien-Bernarda i Francisa Nachona, a drugi Julesa Bourdaisa.
Budowa rozpoczęła się w styczniu 1887 roku – po ustaleniu m.in. dokładnej lokalizacji i kosztów, które finalnie zostały znacznie przekroczone – od prac przy fundamentach czterech nóg. Już miesiąc później w miejscowej prasie ukazał list protestacyjny podpisany przez trzystu artystów, architektów i naukowców, wśród których znalazły się takie nazwiska jak Charles Gounod czy Aleksander Dumas (syn). Pisali oni o bezużytecznej i potwornej wieży w sercu miasta, która niczym czarny i gigantyczny komin fabryczny miażdżyć będzie barbarzyńską masą katedrę Notre-Dame, Luwr czy Łuk Triumfalny. W przestrzeni publicznej padały porównania do fatalnej latarni ulicznej, wysokiej i chudej piramidy wzniesionej z drabin, rury fabrycznej czy czopka z dziurami. Protestowali też właściciele mieszkań w okolicy, którzy bali się, że perspektywa walącej się niczym wieża Babel konstrukcji odstraszy potencjalnych najemców. Podczas ostatniego etapu budowy – między drugą a trzecią platformą – nie obyło się też bez strajku budowlańców, którzy skarżyli się na fatalne warunki pracy. Z jednej strony były to wiatry i temperatury na wysokości dwustu metrów nad powierzchnią ziemi, z drugiej czas pracy – zimą dziewięć, a latem nawet dwanaście godzin dziennie. Ostatecznie wieżę udało się ukończyć w dwa lata, dwa miesiące i pięć dni. 31 marca 1889 roku na jej szczycie zawisła flaga Francji, będąca najwyżej wiszącą flagą na świecie… Dla publiczności konstrukcję udostępniono nieco ponad miesiąc później, wraz z otwarciem Wystawy Światowej. Przez pięć miesięcy jej trwania Paryż z nowej perspektywy zobaczyło niemal dwa miliony osób, co pozwoliło na szybki zwrot poniesionych kosztów. Z czasem popularność nowej budowli spadała…
Umowa z miastem przewidywała, że Eiffel przez dwadzieścia lat będzie zarządzał wieżą i czerpał zyski z jej eksploatacji. Po tym okresie konstrukcja przejść miała pod skrzydła władz Paryża, co – zdaniem Eiffla – niosło wysokie ryzyko jej zburzenia. Obawy nie były bezpodstawne, bowiem takie postulaty wysunięto już przed kolejną wystawą, zaplanowaną na rok 1900… Ich ostatecznym potwierdzeniem było wyburzenie w 1909 roku wybudowanej nieopodal w tym samym czasie i celu Galerii Maszyn.
Julian Ochorowicz
Pomysłem Gustava Eiffla na uratowanie wieży było oddanie jej nauce. Za własne pieniądze zorganizował na trzeciej platformie m.in. laboratorium meteorologiczne i aerodynamiczne. Jednak tym, co ostatecznie przesądziło o przedłużeniu umowy na kolejne siedemdziesiąt lat, był… telegraf bez drutu. I tu w artykułach publikowanych w „polskim internecie” od piętnastu lat pojawia się nazwisko wynalazcy Juliana Ochorowicza, pierwowzoru postaci Ochockiego z „Lalki” Bolesława Prusa… Jego rola zależna jest od źródła, w którym o tym zdarzeniu czytamy. Czasem jest to bliżej nieokreślone „przyczynienie się” do uratowania wieży, stwierdzenie, że „zaproponował, aby wieżę Eiffla wykorzystać jako nadajnik”, innym razem „branie udziału” w eksperymentach, ale nie brakuje też stwierdzeń, że „zbudował” telegraf bez drutu, a nawet, że sam „pracował nad instalacją”. Niekiedy dodaje się, że stało się to w roku 1903.
Przyjrzyjmy się zatem życiorysowi urodzonego w 1850 roku w Radzyminie wynalazcy… Już w wieku siedemnastu lat interesował się spirytyzmem i psychologią. Studiując na wydziale filozoficzno-historycznym Szkoły Głównej w Warszawie wziął udział w konkursie, w którym otrzymał najwyższą przyznaną nagrodę – srebrny medal – za rozprawę „Jak należy badać duszę? O metodzie badań psychologicznych”. Kształcił się na uniwersytetach w Warszawie i Lipsku, gdzie uzyskał tytuł doktora nauk filozoficznych. Dodajmy, że psychologia nie była jeszcze wówczas osobną nauką, a dziedziną filozofii właśnie. W wieku 25 lat przeniósł się do Lwowa i na tamtejszym uniwersytecie uzyskał habilitację. W tym czasie obok szeregu rozpraw psychologicznych opublikował m.in. prace na temat mikrofonów czy artykuł „O możności zbudowania przyrządu do przesyłania obrazów optycznych na dowolną odległość”. Choć niektórzy na tej podstawie nazywają go wynalazcą telewizji, to trzeba zaznaczyć, że nigdzie nie pisał o bezprzewodowej transmisji… Skupiał się na zamianie obrazu na impulsy elektryczne, przeniesieniu ich kablami – lub jednym kablem – do stacji odbiorczej oraz ponownej zamianie na światło. Stawiając hipotezy w tym ostatnim punkcie pozwolił sobie – co sam podkreślał – na „swobodne puszczenie wodzów fantazji”. Nadawanie i odbieranie w dzisiejszym rozumieniu tych słów przekraczało jeszcze wówczas najśmielsze fantazje. Wszak pisząc w tym samym tekście o przesyłaniu dźwięku na odległość miał na myśli nagrywanie go na pasku cynfolii i… przenoszenie w kieszeni w inne miejsce, gdzie był odtwarzany. W 1882 roku przeprowadził się do Paryża, gdzie prowadził dalsze badania nad hipnozą. Ale nie tylko – nad Sekwaną skonstruował i opatentował mikrofon z opiłkami żelaza, termomikrofon oraz głośnomówiący dwumembranowy telefon magnetyczny. To ostatnie urządzenie w roku 1885 – a więc na lata przed wynalezieniem znanych dziś głośników – pozwoliło gościom zgromadzonym w jednej z sal francuskiego ministerstwa poczt, telegrafów i telefonów usłyszeć koncert z Opery Paryskiej. I choć w niektórych źródłach wiązano to z bezprzewodową transmisją dźwięku, to trzeba jednak pamiętać, że dzielący te obiekty dystans czterech kilometrów sygnał pokonywał tak, jak w klasycznym telefonie – kablem. Jedyna odległość, jaką bezprzewodowo pokonywał dźwięk, to ta od aparatu do uszu odbiorców… Przez kolejne dwie dekady głośnomówiący telefon Ochorowicza użytkowany był nie tylko we Francji, ale też w Belgii, Holandii i Rosji.
Losy Juliana Ochorowicza i wieży Eiffla splotły się ze sobą w roku 1889, już kilka miesięcy po jej wybudowaniu. Między 6 a 10 sierpnia na jednej z jej platform odbył się zainicjowany przez niego Międzynarodowy Kongres Psychologii Fizjologicznej. Ale kiedy na przełomie października i listopada 1898 roku na trzeciej platformie prowadzono pierwsze – nie do końca zresztą udane – eksperymenty z telegrafią bezprzewodową, Ochorowicz był już ponownie nad Wisłą, gdzie powrócił w roku 1892. Odpowiedzialnym za te próby był francuski wynalazca i przemysłowiec Eugène Ducretet. Rok wcześniej miał on nawiązać kontakty z rosyjskim wynalazcą radia – Popowem. Obaj panowie zresztą później ściśle ze sobą współpracowali. 7 listopada 1898 roku Ducretet przedstawił Francuskiej Akademii Nauk raport, w którym szczegółowo opisał swoje testy, przypominające doświadczenie Hertza sprzed jedenastu lat. Fragmenty tego dokumentu znalazły się w opracowanej przez Gustava Eiffla publikacji dotyczącej eksperymentów przeprowadzonych na wieży w latach 1889-1900: Testy transmisji między wieżą Eiffla a Panteonem, które rozpocząłem 26 października, są kontynuowane do dziś. Pokonywana odległość wynosi 4 kilometry, a na tym odcinku znajduje się wiele wysokich budynków; sygnały odbierane w Panteonie były zawsze bardzo wyraźne, nawet w dość gęstej mgle; można zatem stwierdzić, że przy użyciu tych samych urządzeń odległość tę można znacznie zwiększyć.
Po stronie nadawczej tym urządzeniem była 25-centymetrowa cewka Ruhmkorffa, która generowała impulsy wysokiego napięcia przeskakujące pomiędzy trzema metalowymi kulami. Jedna z nich połączona była z przewodem promieniującym sięgającym drugiego piętra, druga zaś bezpośrednio do wieży, jako uziemienia. Wykonując kolejne próby Ducretet dostrzegł problemy wynikające z bliskości przewodu promieniującego i metalowej konstrukcji. Kiedy nadajnik i odbiornik zamienił miejscami w ogóle nie uzyskał odbioru. W efekcie uznał on, że finalnie wieża nie nadaje się do nawiązywania łączności… Z tezą tą – zwracając uwagę na niewłaściwy sposób przeprowadzenia eksperymentu – nie zgadzał się francuski fizyk Éleuthère Mascart, jak i sam Gustav Eiffel. Mimo to dalsze próby odłożone zostały na czas późniejszy.
Nadszedł on w roku 1903. Wówczas wspomniany Mascart miał skontaktować Eiffla z generałem Gustavem Ferrié, który z ramienia wojska monitorował zestawiane w 1899 roku przez Guglielma Marconiego łącze pomiędzy plażą Wimereux we Francji a latarnią morską South Foreland w Wielkiej Brytanii. Miał też na koncie pierwszą napisaną w języku francuskim książkę o telegrafii bezprzewodowej i falach elektrycznych, a także nawiązanie łączności pomiędzy oddalonymi od siebie o 180 kilometrów francuskimi wyspami Martynika i Gwadelupa w Ameryce Środkowej, gdy zerwane zostało połączenie kablowe pomiędzy nimi. Inne źródła wskazują, że to Ferrié wpadł na pomysł wykorzystania wieży jako podpory dla anten. Konstrukcja była wysoka, co miało zapewnić duży zasięg przy małym nakładzie energii. Dodatkowym argumentem była lokalizacja w pobliżu siedziby władz. Potrzebne były jednak środki finansowe… Finalnie to Gustave Eiffel 15 grudnia 1903 roku wystosował list do Wojskowej Służby Telegraficznej z ofertą udostępnienia wieży do eksperymentów oraz pokrycia wszelkich związanych z tym kosztów. Pozytywna decyzja zapaść miała 21 stycznia 1904 roku. Jak relacjonował współpracownik generała Ferrié, kapitan Paul Brenot, początkowo aparaturę zainstalowano w małym drewnianym domku na skraju Pola Marsowego przy Avenue de Suffren. W ciągu pierwszych dwóch lat z wieży udało się nawiązać łączność na odległość 400 kilometrów, później nadawany z niej sygnał dotarł m.in. do Maroko, Rosji i Ameryki.
W czasie, gdy Gustave Eiffel pisał wyżej wspomniany list, Julian Ochorowicz – po wypadku, do którego doszło na początku listopada – nie opuszczał swojego domu w Wiśle, mało wówczas znanej wsi nieopodal Ustronia w zaborze austriackim. Trafił tam po kilkuletnim pobycie w Warszawie i zmaganiu się z brakiem zrozumienia i poparcia. Promując swoje nowe miejsce na ziemi jako miejscowość letniskową i uzdrowiskową zainicjował budowę willi mających tworzyć przyszłą bazę noclegową. Stawiania jednej z nich omal nie przypłacił życiem. W wydaniu z 7 listopada 1903 roku „Gwiazdka Cieszyńska” donosiła:
W poniedziałek, dnia 2 b.m. zdarzył się tu bardzo przykry wypadek. Zamieszkały tu od dwu lat dr Julian Ochorowicz z Warszawy spadł z wieży nowo budującej się willi p. Kiełczewskiej z rusztowaniem wraz z trzema robotnikami. Dr Ochorowicz odniósł ciężkie uszkodzenie ciała, jak również jeden z robotników. Dwaj inni są mniej pokaleczeni.
Więcej szczegółów zdradzała korespondentka „Kurjera Warszawskiego”. W numerze z 9 listopada tego samego roku można było przeczytać:
Zawiadomiona przez robotników o nieszczęściu przybiegłam na miejsce wypadku i znalazłam dra O. nawpół leżącego na ziemi z głową krwią broczącą, śmiertelnie bladego, ale przytomnego zupełnie. Z przerażeniem spojrzałam na wysokość, z której spadł: było to bowiem nie z drugiego piętra, jak donoszono w pierwotnym telegramie, lecz z dachu wieży trzypiętrowej. Ze zdumieniem przekonałam się, że rana na głowie nieznaczna; chory jej nie czuł i na pytanie co mu się stało pokazał mi tylko zwichnięty palec prawej ręki. […] Natychmiast posłałam do Ustronia po dra Paska, który znalazł oczywiście bardzo silne potłuczenia i wstrząśnienia, ale bez widocznego złamania kości; mózg nie był wstrząśnięty, bo dr O. upadł na bok i na ręce, a głowę zadrasnął dopiero na ziemi o krawędź leżącej obok belki. […] Gorączka przyszła pod wieczór i powtarza się co noc, ale niezbyt silna. Chory zachowuje zupełną nieruchomość leżąc nawznak, a od dwóch dni nie pozwala nawet na chwilowe unoszenie go na prześcieradłach, ażeby nie utrudniać procesu gojenia stawów. […] Władze miejscowe (wójt i żandarm) skonstatowały, że rusztowanie było zbudowane prawidłowo, tylko jeden z robotników potrzebując klamry żelaznej i sądząc, że ona obecnie w tem miejscu jest niepotrzebna przeniósł ją gdzieindziej, silne zaś gwoździe, utrzymujące rusztowanie, okazały się dostateczne dla ciężaru dwóch ludzi, ale niedostateczne dla czterech. […] Dr O. spadł naprzód na łaty dachu pierwszego piętra i tu poniósł najcięższe uszkodzenia, następnie toczył się po spadzistości dachu i byłby z całym impetem spadł na ziemię, gdyby nie natrafił na przystawioną drabinę, po której się toczył aż do wysokości parterowego okna i dopiero z tego miejsca upadł w bok na ziemię. A ponieważ ziemia była pokryta wiórami, a dr O. spadając wyciągnął ręce naprzód, więc upadek był nadspodziewanie nieszkodliwy. Obecny stan jest taki: bóle zmniejszyły się, puchlizna w części stęchła, sen poprawił się, prawa ręka odzyskuje władzę, skaleczenie głowy zagojone. Co do lewej nogi, ta jeszcze jest bezwładna i chory ma co do niej wątpliwości z powodu silnego naruszenia stawu biodrowego. Niemal pół roku po wypadku Ochorowicz w ten sposób przedstawiał swój stan zdrowia w liście do „Gońca Porannego”: Wskutek upadku z rusztowania III p. miałem zgniecione ramię i palce lewej ręki oraz kolano i biodro lewej nogi, nie licząc lżejszych ran na plecach i na głowie, lecz kość nie była złamana tylko pęknięta, a jeden staw jednego palca zwichnięty, a drugiego palca przecięty.
W dalszej części listu zapewniał, że wstał z łóżka już na przełomie grudnia i stycznia, a z domu po raz pierwszy wyszedł 22 marca…
Zważywszy, że pierwsze „etergramy” – jak pisała o nich prasa – nadane zostały z wieży Eiffla do okrętów na kanale La Manche już 5 kwietnia, wykluczony wydaje się bezpośredni udział Ochorowicza w tych eksperymentach… zwłaszcza, że w tym okresie nie miał na swoim koncie dokonań z tej dziedziny. Dopiero trzy lata później – w lipcu 1907 roku – podczas X Zjazdu Lekarzy i Przyrodników Polskich we Lwowie wygłosił odczyt o tytule „Teorya kohererów”. Skupiał się w nim na brakach w teoriach Branly’ego i Lodge’a oraz przedstawił wnioski ze swoich doświadczeń „ze znanemi i nowemi formami kohererów”. Co ciekawe, w opracowaniu przywoływał też badacza o nazwisku Ferrier… wygląda na literówkę, ale trudno dziś rozstrzygnąć czy powstała ona w druku czy też w rękopisie Ochorowicza. Podobnie trudne jest oszacowanie, w którym momencie rozpoczął on swoje radiowe eksperymenty. Wykładu wysłuchało 25 osób, wśród których znaleźli się profesorowie Henryk Merczyng, Marian Smoluchowski, Marcin Ernst, August Witkowski i Ignacy Zakrzewski.
Dodajmy, że o roli Ochorowicza w uratowaniu wieży Eiffla nie wspominają notatki drukowane w prasie po jego śmierci. W jednej z tych bardziej rozbudowanych można było przeczytać: „Powołany na wszechnicę lwowską jako docent filozofii pracował jednocześnie na polu medycyny i elektrotechniki, badając cholerę, a nadto konstruując telefon o zasadzie odmiennej od Edisona, który obiegł cały świat jednając mu rozgłos poza krajem. Jednocześnie Ochorowicz oddawał się badaniom magnetyzmu zwierzęcego”. Za tym ostatnim poszły eksperymenty związane z hipnozą, telepatią i mediumizmem.
Według wyszukiwarki Google najstarszy z dostępnych do dziś tekstów przedstawiających wkład Juliana Ochorowicza w ocalenie symbolu Paryża opublikowany został w czerwcu 2011 roku na portalu wp.pl. Jako źródło wskazano Travel Channel. W kolejnych latach – w zasadzie do dziś – teza ta wielokrotnie powtarzana była m.in. na łamach internetowych stron „Gazety Polskiej”, „Do Rzeczy”, „Rzeczpospolitej”, „Nowej Trybuny Opolskiej”, „Gazety Krakowskiej” i „Gazety Wyborczej”, pisały też o tym polskie portale poświęcone Francji i mówili goście Polskiego Radia. Wisienką na torcie są wzmianki na witrynach Fundacji Edukacji Polonijnej, Fundacji Juliana Ochorowicza i Akademii Górniczo-Hutniczej.
Teza o Polaku ratującym wieżę Eiffla na pewno rozpala wyobraźnię. Kiedy w podczas rozmowy w Radiu Dla Ciebie badaczka życiorysu Juliana Ochorowicza – dr Katarzyna Cedro-Abramczyk – wskazywała, że nie ma dokumentów ukazujących na taki wkład Ochorowicza, dziennikarz naciskał na nią, aż przyznała, że nie było to niemożliwe…
Początki radia i telewizji we Francji
Można powiedzieć, że ocalona wieża odwdzięczała się ludzkości… Już od 1910 roku nadawano z niej sygnał czasu wykorzystywany przez astronomów i żeglarzy, zaś kilka lat później – podczas pierwszej wojny światowej – zapewniała łączność z walczącymi na froncie oddziałami i przechwytywała rozkazy wroga. Wojskowa stacja na wieży Eiffla odegrała również znaczącą rolę w początkach francuskiej radiofonii… choć nie zawsze przyznawano jej palmę pierwszeństwa. Co ciekawe dotyczy to zarówno podawania dat wcześniejszych – pierwsze francuskie audycje nadane zostały z innego miejsca – jak i późniejszych. Był czas, kiedy przyjmowano „kryterium amerykańskie” związane z uruchomieniem komercyjnej emisji.
Najczęściej wskazywaną pierwszą audycją nadaną we Francji jest wyemitowany 26 listopada 1921 roku koncert z okazji przyjęcia tysięcznego członka do stowarzyszenia absolwentów Wyższej Szkoły Elektrycznej. Dochodzący z głośnika sopran śpiewaczki operowej Yvonne Brothier uświetnił galę w paryskim Hotelu Lutetia. Sygnał pochodził z pracującej na co dzień na falach bardzo długich (VLF) stacji radiotelegraficznej w Sainte-Assise, 45 kilometrów na południe od Paryża. Tam też znajdowała się artystka. Wykonała „Walc Mireille”, arię z „Cyrulika sewilskiego” oraz „Marsyliankę”. Próby do tego wydarzenia zostały uwiecznione na filmie. I nie była to jednorazowa akcja. Jak podaje strona radiotsf.fr, 15 grudnia tego samego roku transmitowano występ z Théâtre des Champs-Elysées.
To samo źródło wskazuje, że jeszcze wcześniej niż koncert z Sainte-Assise nadana została audycja z wojskowej stacji Mont-Valérien w Suresnes na przedmieściach Paryża. 26 czerwca 1921 roku uczestnicy gali charytatywnej na rzecz jednego z ojców telegrafii bezprzewodowej – Edouarda Branly’ego – usłyszeli z głośnika muzykę z gramofonu.
Pierwszy koncert z wciąż wojskowej stacji na wieży Eiffla miał zostać nadany dopiero 22 grudnia 1921 roku. Co ciekawe, był on skierowany do mieszkańców oddalonego o ponad dwieście kilometrów od Paryża miasta Lille. W tamtejszym Teatrze Miejskim odbywała się wówczas gala mająca na celu wsparcie badań nad radem. Przed mikrofonem wystąpili wówczas m.in. zapomniany dziś – jak twierdzi strona forgottenoperasingers.blogspot.com – tenor Maurice Dutreix, który zaśpiewał arię z opery „Herodiada” Julesa Masseneta, aktorzy Lucien Guitry i Sacha Guitry oraz sopranistka Jeanne Hatto, która wykonała bożonarodzeniowy utwór Claude’a Debussego i „Marsyliankę”. Tydzień później ta część repertuaru została powtórzona, choć tym razem kompozycję Debussego wykonała Yvonne Printemps, a „Marsyliankę” belgijski baryton Jean Noté. Przed mikrofonem ponownie wystąpił Sacha Guitry. Tym razem koncert nadany został z myślą o słuchającym go w Brukseli królu Belgów Albercie I. Stad też w programie 45-minutowej audycji znalazła się skierowana do niego mowa podsekretarza stanu ds. poczty, telegrafów i telefonów Paula Laffonta. Kolejne emisje przypadły na 31 grudnia i 6 stycznia. W pierwszej audycji nadanej w roku 1922 skupiono się na emisji muzyki z płyt.
W następnych dniach podejmowano kolejne próby, które opierały się m.in. na odczytywaniu liczb. Trudno się zatem dziwić, że jako datę oficjalnej inauguracji „broadcastingu” z Wieży Eiffla wskazuje się późniejszy moment, a konkretnie dzień 6 lutego 1922 roku. Wówczas na fali 2600 metrów rozpoczęto nadawanie codziennej prognozy pogody. Jak wskazuje strona radiotsf.fr, o godzinie 16:30 można było usłyszeć informacje o temperaturze, kierunku i sile wiatru, prawdopodobieństwie opadów oraz możliwości występowania zjawisk niebezpiecznych dla rolnictwa, takich jak mrozy, burze czy grad. Dołączano też wiadomości Ministerstwa Spraw Zagranicznych i krótkie koncerty. Aż do przełomu roku 1927 i 1928 studio mieściło się w małym pomieszczeniu w północnym filarze wieży, potem przeniesiono je do Grand Palais nieopodal Pól Elizejskich.
Chętnych do nadawania było więcej. W samym 1922 roku wydano siedemnaście zezwoleń na emisje eksperymentalne. Obok wspomnianego już ośrodka w Sainte-Assise uzyskała je m.in. stacja w Lyonie i stacja na lotnisku Le Bourget w Paryżu oraz prywatne firmy produkujące sprzęt nadawczy. Jedną z nich było Société Française Radio-Électrique, późniejszy udziałowiec Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego. Jej założyciel, Emile Girardeau, odbył na przełomie 1921 i 1922 roku podróż do Stanów Zjednoczonych. Łączności radiowe nawiązywane podczas podróży transatlantykiem, jak i to co zobaczył za Oceanem, zainspirowało go do utworzenia własnej rozgłośni.
Pierwszą próbną audycję nadał 25 maja 1922 roku. Antena nadawcza rozpięta była nad dachami fabryki w Levallois-Perret pod Paryżem, a studio mieściło się w piwnicy kamienicy przy Boulevard Haussmann 79 w Paryżu. W programie rozpoczynającego się o 20:30 koncertu znalazł się występ orkiestry Opéra Comique. Stały program o nazwie Radiola – od nazwy promowanych w ten sposób odbiorników – nadano 6 listopada 1922 roku. I ten dzień niegdyś uważany był za datę narodzin francuskiej radiofonii… Miało to nastąpić sześć dni wcześniej, ale – jak wspominał pierwszy spiker Radioli – na przeszkodzie stanęły problemy z mikrofonem. W programie inauguracyjnym znalazły się utwory w większości kompozytorów francuskich, a także poezja. Emisja, podobnie jak w przypadku stacji na wieży Eiffla, prowadzona była na falach długich – na fali 1565 metrów. Nieco ponad półtora roku później – pomiędzy 25 stycznia a 5 lutego 1924 roku – prywatna Radiola zasłynęła z relacji z pierwszych Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Chamonix na wschodzie kraju. Miesiąc później – w marcu 1924 roku, po przekształceniach własnościowych – stacja przyjęła nazwę Radio Paris. Rozgłośnia pozostawała w prywatnych rękach do roku 1933, potem została znacjonalizowana. Jego właściciele uzyskane ze sprzedaży środki zainwestowali w małą stacyjkę nadawaną z sąsiadującego z Francją Luksemburga zwiększając jej zasięg i tworząc popularną rozgłośnię europejską.
Pierwsza państwowa, cywilna stacja nadawcza w Paryżu uruchomiona została dopiero rok po wojskowej i dwa miesiące po prywatnej konkurencji – w styczniu 1923 roku. Zbudowano ją przy Wyższej Szkole Poczt i Telegrafów… trochę przez przypadek. Swój program zachęcający do nabywania odbiorników z pasmem fal średnich nadawać chciała bowiem firma LMT, będąca konkurentem producenta Radioli. Gdy nie uzyskała stosownego zezwolenia zaoferowała sprzęt i jego montaż – od mikrofonu do średniofalowego nadajnika amerykańskiej firmy Western Electric – Poczcie, osiągając w ten sposób zamierzony cel. Paryżanie mieli powód, aby średniofalowe odbiorniki kupować… Jakoś udało się też przełknąć nieco wstydliwy dla państwowego nadawcy fakt, że nadajnik jest z importu. Instalacja aparatury w budynku przy rue de Grenelle 103 rozpoczęła się w grudniu 1922 roku i już 23 stycznia nowa stacja, nazywana w skrócie Paris PTT, oficjalnie rozpoczęła nadawanie. Dziś jako datę startu częściej wskazuje się 20 stycznia 1923 roku, kiedy to prowadzono jeszcze próby.
Kolejne prywatne paryskie stacje – Petit Parisien, Radio Vitus i Radio LL – to już lata 1924-1926. Zanim przeniesiemy się do czasów bardziej współczesnych, sięgnijmy jeszcze do polskich archiwów. W 1929 roku dyrektor rozgłośni wileńskiej Polskiego Radia, Witold Hulewicz, odwiedził Paryż i dwie z działających w nim rozgłośni. Swoją relację przedstawił w artykule opublikowanym w tygodniku „RAdjo” z 25 sierpnia 1929 roku. Na pierwszy ogień poszła państwowa stacja przy Wyższej Szkole Poczt i Telegrafów.
Zjawiłem się w oznaczonej godzinie w skromniutko urządzonym lokalu stacji nadawczej. Przyjął mnie, bardzo uprzejmie (jak zawsze we Francji), dyrektor emisji PTT p. Microvox (pseudonim) i redaktor owego „Radio-Journal”, p. J. A. Croizé. Siedziałem w studjo i przysłuchiwałem się w „naturze” bardzo zręcznie ułożonej Gazetce radjowej, która odbywała się codziennie od godz. 18.30 do 20.00. W ciszy dość ubożuchnego studja podchodzą do mikrofonu i odchodzą coraz to nowe postacie. Zaczyna się gazetka od sygnału czasu, wydzwanianego przez zegar; następnie słyszymy jakiegoś marsza na dętą orkiestrę, z płyty gramofonowej. Następuje komunikat o nowinach dnia, poczem zażywna śpiewaczka małym, lecz miłym głosem śpiewa piosenkę z Montmartre’u. Zaraz po niej, bez przerwy, rozpoczyna młody człowiek przy innym mikrofonie komunikat giełdowy, zakończony krótką deklamacją wiersza. I już siada przy pierwszym mikrofonie poważny brunet z brodą, by wygłosić krótką, improwizowaną za pomocą notatek, recenzję z ostatniej premiery w jednym z teatrów bulwarowych. Wszystko to przeplata p. redaktor, który tu jest zarazem speakerem, krótkiemi, sympatycznie wygłaszanemi zapowiedziami. Po recenzji teatralnej anonsuje szaradę, za której rozwiązanie otrzyma nagrodę słuchacz, który pierwszy poda rezultat telefonicznie. Tu redaktor odczytuje czterowiersz: „Pierwsze trzecie… drugie czwarte… a całość…” itd.
Po dwóch może minutach słychać w głośniku (a zatem i w słuchawkach każdego abonenta) dzwonek telefonu:
– Hallo? Tu Radio PTT.
– Tu mówi słuchacz taki a taki…
– Pański adres?
– Rue Poncelet 38. Chciałem podać rozwiązanie szarady…
– Słucham.
– Rozwiązanie takie…
– Nie, kochany panie, to nie jest trafne. Przepraszam.
Po krótkiej chwili drugi dzwonek – znów cała rozmowa „idzie na antenę”. Tym razem rozwiązanie jest trafne i szczęśliwy słuchacz staje się laureatem dnia. Taka sobie zabawka, która podoba się radioabonentom.
W dalszym ciągu „Radio-Journal” mówi znów komunikaty sportowe, ceny targowe, przepowiednie pogody, piosenki i wierszyki w żywej przeplatance. Ślepy inwalida wojenny improwizuje na fortepianie na temat zadany telefonicznie przez jednego ze słuchaczów. Wymowny humorysta, p. René Devilliers prosi, znów przez telefon połączony z mikrofonem – o podanie czterech par rymów – i po krótkiej chwili wygłasza na kanwie tych rymów dowcipny ośmiowiersz.
Cała ta mówiona gazetka trwa około godziny – i ma wielkie powodzenie u paryskich detektorowiczów. Inni słuchacze niewiele mają z niej pociechy, gdyż stacja PTT, cierpiąca na stały brak pieniędzy, ma zaledwie pół kilowata w antenie. Ta też Gazetka jest najciekawszym punktem jej programu, gdyż na wybitne siły wykonawcze stacja pozwolić sobie nie może. Ale zato ma poparcie Ministerstwa Poczt i Telegrafów – i urządza częste transmisje z miasta; transmitowana zeszłej jesieni także na Polskę „Sprzedana Narzeczona” Smetany z Opery Komicznej – to też było dzieło PTT.
Drugim odwiedzonym radiem było Radio Paris przy rue Francois Premier. Wydaje się zatem, że to Stanisław Miszczak ma rację, pisząc o przeprowadzce do nowego studia w roku 1929… a nie francuska Wikipedia, która tę operację wiąże z upaństwowieniem w roku 1933.
Tu już urządzenie bez porównania bogatsze: piękny pałacyk, eleganckie schody i apartamenty, studjo główne nie większe od warszawskiego i równie wytwornie urządzone. Jeden z dyrektorów programu, młody i ugrzeczniony p. Fleury, oprowadza mnie i dwóch innych gości, Węgrów, członków dyrekcji radja budapesztańskiego (jak wiadomo, jednej z najnowocześniej urządzonych rozgłośni w Europie). W wielkiem studjo odbywa się próba orkiestry „Radio-Paris”, grającej istotnie znakomicie; w takiem wykonaniu, najsubtelniej cyzelowanem, rozkoszą jest słyszeć fantazję „L’heure espagnole” Ravela.
Wielkie studjo, mieszczące się na parterze, ma w ścianie od ulicy ogromne wyściełane drzwi, któremi wnosi się fortepiany i inne wielkie instrumenty. Na przeciwległej ścianie wysoko, wielkie okno do amplifikatorni. Mikrofony stoją na dwóch pod prostym kątem ustawionych materacach. Studjo można zapomocą ciężkiej kotary zmniejszyć o jedną trzecią. Orkiestra składa się z 50 instrumentów i jest najlepszą z tych, jakie słyszałem na radjostacjach zagranicznych. Innego dnia w mniejszem studjo, równie wytwornie urządzonem, byłem obecny na audycji u dzieci, „Guignol”, wykonanej przez kilka osób dorosłych i czeredę bladych i wątłych, jak zwykle francuskie dzieci, ale rozdokazywanych i roześmianych malców.
Dowiadujemy się od pana Fleury wszelkich szczegółów układania programu i urządzeń pomocniczych w wykonaniu słuchowisk. Nic nowego nam nie mówi. Pytam w pewnej chwili:
– Jak wygląda u panów dział transmisyj z życia: z teatrów, z zawodów sportowych, obchodów, fabryk itd.
– Smutno wygląda – odpowiada p. Fleury – bo takich transmisyj prawie wcale nie robimy.
– Jakto? Dlaczego?
– Na to potrzeba linij telegraficznych, przewodów, a tych nam PTT nie daje.
To niesłychane! Tu dopiero widać, na jak chorych zasadach opiera się organizacja radjofonji francuskiej. Niema dotychczas ustawy raadjowej. Abonent nic nie płaci. Stacje utrzymywane są przez towarzystwa lub przez koncerny fabrykantów sprzętu radjowego. Dlatego radjofonja rozwijać się nie może i dlatego Francja stoi na bardzo podrzędnem miejscu w eterze.
Dziś w tym budynku mieści się muzeum Diora. I tym razem nie ma tu wątku radiowego…
Jak zapewne uważni Czytelnicy zauważyli, żadna z opisanych tu stacji nie nazywa się tak, jak dzisiejsze francuskie rozgłośnie. I nie jest to przypadek. Pierwszy etap rozwoju francuskiej radiofonii definitywnie zamknął okres II wojny światowej. Po niej wszystko rodziło się na nowo. Stąd początki France Culture datowane są na rok 1944/1945, France Inter na 1947, a France Musique na 1954.
Wróćmy jeszcze do wieży Eiffla i czasów przedwojennych. Nie sposób pominąć, że to właśnie tam rodziła się francuska telewizja… a początkowo to w zasadzie Radiowizja PTT. Po testach w standardzie 30 linii i oficjalnych emisjach 60-liniowych, które prowadzone były w Wyższej Szkole Poczt i Telegrafów przy rue de Grenelle 103 od 26 kwietnia 1935 roku, regularną emisję w 180 liniach rozpoczęto właśnie z wieży Eiffla. Stało się to 8 grudnia tego samego roku. Nadajnik zainstalowano w filarze północnym już w październiku, później został on przeniesiony do specjalnych pomieszczeń w filarze południowym. Ze studiem łączył go 2,5-kilometrowy kabel, z anteną 380-metrowy fider o średnicy 13 centymetrów i wadze 12 ton. Dźwięk na falach średnich nadawało Radio Tour Eiffel. Od tego momentu uratowany przed zburzeniem symbol Paryża nieustannie będzie związany z nadawaną znad Sekwany telewizją – do dziś, gdy przekazy analogowe zastąpione zostały przez DVB-T (jeszcze nie DVB-T2, to ma nastąpić wraz z przejściem do rozdzielczości UHD).
„Polski eter” w Paryżu
To, że wątpliwe wydaje się przypisywanie Polakowi ocalenia wieży Eiffla nie oznacza, że polskich śladów w Paryżu brakuje… Historia splatała nasze kraje wielokrotnie, nie tylko w czasach monarchii, powstań narodowych czy PRL. Nad Sekwaną odnaleźć można utworzoną w 1838 roku Bibliotekę Polską, jest odsłonięty w 1929 roku pomnik Adama Mickiewicza i poświęcone naszemu wieszczowi muzeum założone w 1903 roku przez jego syna Władysława. Jest też skwer i pomnik Cypriana Kamila Norwida, a także – nieomal u podnóża wieży Eiffla, po drugiej stronie Sekwany – plac Warszawski i fontanna Warszawska. Jest i polski kościół, w którym oprócz Mickiewicza bywał Fryderyk Chopin, którego grób – obok nagrobków innych wybitnych Polaków – znajduje się na miejscowym cmentarzu Père-Lachaise. Przypomnijmy, że zgodnie z wolą kompozytora jego serce – w ukrytym pod ubraniem słoju z alkoholem – nad Wisłę przemyciła starsza siostra, Ludwika Jędrzejewiczowa. Dziś znajduje się ono w kościele Świętego Krzyża w Warszawie.
Polacy swoją obecność zaznaczali też w ulotnym francuskim eterze. I choć nie każdy z tych śladów zachował się na trwałym nośniku, pozostały wzmianki w prasie, wspomnienia i miejsca. Już w pierwszych latach emisji prelekcje i koncerty poświęcone Polsce można było usłyszeć i w Radiu Tour Eiffel, i w Radiu Paris, i w Paris PTT. Przed mikrofonami tych stacji występował zarówno Alfred Chłapowski, ówczesny ambasador Polski w Paryżu, jak i artyści przybywający znad Wisły. Na przykład 6 lutego 1925 roku w programie Radia Tour Eiffel wystąpiła lwowska pianistka Maria Mirska, a 6 maja 1925 roku w koncercie polskim na falach Radia Paris jeden z uczniów Ignacego Jana Paderewskiego – Zygmunt Dygat. W Paryżu – choć tylko na kilka miesięcy – swoje miejsce znalazło ewakuowane z okupowanego kraju Polskie Radio… w wersji emigracyjnej nazywane dla odróżnienia Radiem Polskim. Swoją centralę miało przy rue Bachaumont 17, w drugiej dzielnicy, niecały kilometr od Luwru i Opery. Jak wspominał Czesław Halski, studio początkowo znajdowało się w Grand Palais – tam, gdzie Radio Tour Eiffel – a później przy Avenue de Ségur 20, gdzie od marca 1939 roku mieściło się Ministerstwo Poczt, Telegrafów i Telefonów. Audycje w języku polskim przekazywane były przez krótkofalowy ośrodek określany w polskich źródłach jako Trappes (we francuskich jako de Saint-Rémy-l'Honoré) oraz przez stacje średniofalowe w Tuluzie, Bordeaux i Marsylii. Wśród pracowników rozgłośni obok Halskiego znaleźli się znani przedwojennym słuchaczom Krzysztof Eydziatowicz, Tadeusz Strzetelski, Bohdan Pawłowicz, Piotr Górecki, Jerzy Tepa, Karol Wagner-Pieńkowski i Józef Opieński. Po wkroczeniu Niemców do Paryża radio wraz z rządem przeniosło się do Londynu.
Po wojnie przez cztery dekady swoje biuro nad Sekwaną – najpierw jako jedno z siedemnastu, później jedno z dziesięciu na świecie – miało Radio Wolna Europa. Mieściło się nieopodal wieży Eiffla, przy Avenue Rapp 20. Zadaniem pracujących w nim osób było pozyskiwanie informacji z Polski oraz takich, którymi Polacy się interesowali. Źródłem bywała lokalna prasa, ale też – a może przede wszystkim – przybywający znad Wisły dziennikarze, turyści czy biznesmeni. Wiadomości te służyły do przygotowywania nadawanego z Monachium programu, ale też przekazywane były innym instytucjom. Wśród pracowników paryskiego biura wymienić można Zygmunta Michałowskiego, późniejszego dyrektora RWE, pułkownika Mariana Czarneckiego, Mieczysława Zaleskiego, Jacka Machniewicza, Tadeusza Parczewskiego czy Macieja Morawskiego.
Gdy 9 listopada 1981 roku we Francji zniesiono państwowy monopol na nadawanie – ale jeszcze zanim wprowadzono uregulowania dotyczące przyznawania częstotliwości – momentalnie pojawiły się setki nowych stacji… W samym Paryżu 31 grudnia 1981 roku „Le Monde” odnotował ich 113. Często jedne zagłuszały drugie, jak w polskim eterze dekadę później… choć stosowano też na praktycznie nieużywane u nas rozwiązanie – oddolne dzielenie częstotliwości między różne projekty. Jedną z rodzących się wówczas rozgłośni było Radio Solidarność Paryż, które pierwszą audycję nadało 18 grudnia 1981 roku – pięć dni po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Jego pomysłodawcami byli… Francuzi wywodzący się z ruchu wolnego radia, którzy już od 1977 roku próbowali zaistnieć w eterze – Bertrand Jullien, który później współtworzył Radio Ça bouge dans ma tête i wywodzące się z niego ogólnokrajowe dziś Radio Oüi FM oraz Patrick Farbiaz, członek zlikwidowanej dwa lata wcześniej Komunistycznej Organizacji Robotniczej, współtwórca Radia 93 (1977-1978), Paris 80 (1980), Normandie FM (1984-1987) i Radia Viva (1986-1988). Jak ustaliła Maria Orzechowska-Chodurska, autorka artykułu „Paryskie Radio Solidarność – zapomniany epizod w radiofonii”, obaj mieli też na koncie pirackie audycje wspierające François Mitterranda w walce o fotel prezydenta Francji.
Do tworzenia paryskiego Radia Solidarność wykorzystali oni sprzęt nadającego wieczorami Radia Fréquence Montmartre, lokalnej stacji związanej z artystami malarzami. Jego siedziba mieściła się nieopodal bazyliki Sacré-Coeur – przy rue Mont-Cenis 6, nad galerią sztuki. Emitowało ono przede wszystkim muzykę, ale też dyskusje o poezji, teatrze i filmie oraz poruszała sprawy miejscowej społeczności. Sygnał obu rozgłośni obecny był na częstotliwości 95,1 MHz.
Pierwsza audycja opierała się na prezentacji jednej (według innych źródeł dwóch lub trzech) płyty zespołu Mazowsze i czytaniu – po francusku – doniesień prasowych dotyczących Polski. Po kilku dniach w redakcji zjawili się Polacy, którzy przynieśli więcej muzyki i zaangażowali się w działalność rozgłośni. Robienia radia – od strony technicznej, jak i merytorycznej – uczyli się na żywym organizmie. Początkowo dwujęzyczny program nadawany był 6 godzin na dobę, potem 12, a finalnie 18. W okresie świetności radio nadawało informacje o sytuacji w Polsce, organizowało pomoc dla Polaków nad Sekwaną, ale na antenie nie zabrakło też miejsca na kursy francuskiego i polskiego, programy kulturalne czy lekturę przetłumaczonych na francuski książek autorów z Polski i Europy Wschodniej. W niedzielę retransmitowano Mszę Świętą z polskiego kościoła. Według szacunków Grzegorza Majchrzaka, autora artykułu „Radio Solidarność w zachodnim eterze”, audycje w języku polskim stanowiły łącznie 25% programu. Z czasem do Francuzów i Polaków dołączyli przedstawiciele kolejnych narodowości – Węgrów, Czechów, Afgańczyków, Chilijczyków, Chorwatów… a nawet dwóch Rosjan. W sumie kilkadziesiąt osób. Radio finansowane było m.in. z datków oferowanych przez słuchaczy. Ich liczbę w pewnym momencie szacowano na 250 tysięcy osób. Jego obecność została nawet odnotowana w wychodzącej nad Wisłą „Trybunie Ludu”. Stację przedstawiono jako „szerzącą – w języku francuskim i polskim – jad antypolskiej nienawiści”.
Jak donosiła francuska prasa, twórcy Radia Solidarność Paryż popularną wówczas sprawę polską chcieli przełożyć na wypromowanie częstotliwości i komercyjny sukces… choć patrząc na ich aktywistyczną działalność można mieć co do tego wątpliwości. Faktem jednak jest, że po pięciu miesiącach – gdy temat Polski przycichł – drogi obu stacji się rozeszły. Ostatnia audycja ze wzgórza Montmartre nadana została 31 maja 1982 roku. Poszukiwania nowej siedziby i zdobywanie niezbędnego sprzętu trwało niemal miesiąc. Radio odrodziło się przy rue David d'Angers 66 w XIX dzielnicy Paryża, w skromniejszych warunkach i w mniej licznym gronie współpracowników. Zachowano jednak 18-godzinny program, choć mniej więcej połowę tego czasu stanowiła muzyka i powtórki. Tym razem można go było słuchać na 104,1 MHz. Można przypuszczać, że chwilę wcześniej częstotliwość ta zwolniła się, gdy nadające na 104,0 MHz Radio Mercure 104 stało się Radiem Canal 89 i przeniosło się na 89,0 MHz. O nim zresztą jeszcze w tym tekście będzie… Pewne jest, że po miesięcznej przerwie, zmianach w programie i zmianie częstotliwości słuchaczy było już zauważalnie mniej…
W tym samym czasie władze Francji postanowiły uporządkować sytuację w eterze. Ogłoszono konkurs, w którym jednym z warunków było prowadzenie działalności niekomercyjnej. Jak to potem egzekwowano? Jeśli na antenie pojawiały się reklamy, taki program był… zagłuszany przez Państwo. Mimo takich ograniczeń o przydział częstotliwości wystąpiło znacznie więcej kandydatów niż przewidziano miejsca… Stąd pojawiła się sugestia, aby również koncesjonowane stacje dzieliły ze sobą miejsce na skali. Zespół Radia Solidarność porozumiał się w tej sprawie najpierw z etnicznym Radiem Pays, a następnie również ze społecznościowym, wspierającym wykluczonych Radiem Tomate. Bogdan Dobosz na łamach „Głosu Katolickiego” z 19 lutego 1989 roku obok Radia Tomate wymienia nadające w wielu językach Radio Univers, sponsorowane przez bankiera, który musiał emigrować z Iranu. Niezależnie od tego kto był partnerem Radia Solidarność w walce o koncesję, tej – mimo obietnic – twórcy stacji nie dostali. Na opublikowanej w styczniu 1983 roku liście zwycięzców nazwa Radio Solidarność się nie pojawiła.
Odpowiedzią na taki obrót spraw był protest. Najpierw pisano listy do urzędów, a gdy nie przyniosło to żadnych rezultatów, na ulicach pojawiły się plakaty z hasłem „po Warszawie Paryż wprowadza zakaz dla Radia Solidarność”, a 7 lutego 1983 roku cztery osoby z ekipy radia rozpoczęły w kościele polskim strajk głodowy. Piątego dnia strajku odbyła się kilkutysięczna demonstracja zauważona przez zagranicznych gości Pałacu Elizejskiego. Dzień później doszło do spotkania przedstawicieli radia z radą przyznającą koncesje. W wyniku podjętych w jego trakcie ustaleń wydana została promesa na piśmie, a protestujący zakończyli strajk. Koncesja zezwalała na emisję programu przez dwie godziny dziennie na częstotliwości 89,0 MHz. Pozostały czas wypełniała tworzona przez socjalistyczną organizację studencką stacja Canal 89. Co ciekawe obie rozgłośnie mieściły się w tym samym budynku przy rue David d'Angers – Radio Solidarność na piętrze, a studenci na parterze. Technicznie rozwiązane to było w ten sposób, że studenci na swojej konsolecie o wskazanych godzinach musieli podnosić tłumik z sygnałem ze studia piętro wyżej. Antena nadawcza zainstalowana zaś była na znajdującym się nieopodal 128-metrowym wzgórzu, na którym przed laty stał paryski telegraf optyczny. Dokładnie na budynku przy rue du Borrégo 22.
Do wznowienia emisji doszło 2 maja 1983 roku. Program obecny był na antenie w poniedziałki, wtorki, czwartki i piątki od 15:30 do 16:30 (w całości w języku polskim) i od 20:30 do 21:30, w środy od 0:30 do 5:30 i od 20:30 do 21:30 oraz w soboty i niedziele od 7:00 do 9:00. Współpraca ze studentami od początku układała się nie najlepiej. Apogeum nastąpiło latem 1984 roku, gdy tworzony w studiu program nie pojawił się na antenie… Wówczas okazało się, że… Radio Canal 89 bez uprzedzenia zmieniło siedzibę… na parterze były puste ściany i zwisający z sufitu kabel. Zmienił się też obiekt nadawczy – po wyprowadzce sygnał nadawany był z wieży w forcie de Romainville w Les Lilas na przedmieściach Paryża. Gdy ekipie Radia Solidarność udało się wznowić nadawanie okazało się, że studenci nadają całą dobę i zagłuszają znacznie mniejszej mocy sygnał ze wzgórza Telegraf. Skargi składane na ręce urzędników na nic się zdały, bo stwierdzali oni, że jest to wewnętrzny problem podmiotów dzielących częstotliwość.
Przedstawiona zgodnie przez Marię Orzechowską-Chodurską i Grzegorza Majchrzaka historia powrotu w eter nosi znamiona romantycznej opowieści z happy endem: sytuacja niespodziewanie zmienia się w 1986 roku, gdy wybory do francuskiego parlamentu wygrała prawica. Nowa władza wstrzymuje dotacje dla socjalistów i Canal 89 nie radząc sobie z brakiem pieniędzy upada zwalniając częstotliwość… Lektura francuskich stron przynosi jednak inną wersję zdarzeń. W 1984 roku należące m.in. do „Le Monde” Radio Cité 96 przejęło 72% udziałów Canal 89. Przypuszczalnie to wtedy stacja wyprowadziła się z rue David d'Angers. 25 listopada 1984 roku radio zmieniło ramówkę i nazwę – na 89 FM. Pięć miesięcy później, 15 kwietnia 1985 roku, we współpracy z drugim partnerem – nadawaną z Niemiec długofalową stacją Europe 1 – stało się Radiem CFM. Jednocześnie utworzona została sieć stacji lokalnych działających pod tą nazwą. Rok 1986 przyniósł rewolucję – Europe 1 uzyskała we Francji częstotliwości UKF i w efekcie nie przedłużyła umowy z CFM. To – szukając partnera – 30 maja 1986 roku związało się z paryskim Radiem RFM… Stacje CFM na prowincji zmieniły się w RFM, w samym Paryżu zaś RFM pozostało na swojej częstotliwości 96,9 MHz i zwolniło 89,0 MHz.
Niemal dwa lata przerwy w nadawaniu sprawiły, że zespół nie był gotowy do podjęcia emisji na żywo. Początkowo przez całą dobę nadawano zapętlone audycje z kaset dostarczanych francuskiemu operatorowi TDF. Dzięki wsparciu mera osiemnastej dzielnicy, którym był Henri Rogowski, w ciągu miesiąca udało się wynająć na preferencyjnych warunkach nowy lokal przy impasse Girardon 2 i wznowić nadawanie na żywo. Nowa odsłona różniła się od tej sprzed lat. W programie mniej było już o polskiej Solidarności, więcej zaś o organizacjach pozarządowych walczących z komunizmem i totalitaryzmem w innych częściach świata. Łącznie w tworzenie radia zaangażowało się ponad pięćdziesiąt organizacji, a poruszano zagadnienia związane z sytuacją w Zairze, Birmie, Kambodży czy Chille. Jednocześnie radio, tym razem pod nazwą Radio Solidarność – Radio des Droits de l’Homme (Radio Praw Człowieka), wystartowało w kolejnym konkursie koncesyjnym, który decydował o tym kogo i gdzie będzie można słuchać od roku 1987. Przyznano mu wówczas częstotliwość 99,0 MHz do spółki z Radiem Latina, które co do zasady zajęło okienko od godziny 7:00 do 13:00… choć w niedziele o 11:00 była transmitowana Msza z polskiego kościoła. Sygnał nadawany był z fortu de Romainville.
Tak radio w roku 1989 opisywał na łamach „Głosu Katolickiego” Bogdan Dobosz:
Kolorowy i wielojęzyczny tłum ludzi; jedni przychodzą, inni opuszczają radio po dokonaniu nagrania. Są tu prawie wszyscy, od emigrantów z Europy Wschodniej po Daleki Wschód. Mieszaninę narodów uzupełnia mieszanina audycji i ogólny chaos, z którego jakoś udaje się wytworzyć materiał antenowego słowa. Jazz (dominują muzycy z Europy środkowo-wschodniej), francuskojęzyczne audycje informujące o problemach Rumunii, Węgier, Libanu, Kambodży, Bułgarii, Armenii itd. oraz codzienna audycja w języku polskim – od godz. 22.00.
Więcej o muzyce na 99,0 MHz pisał Alan Furst w „International Herald Tribune”. Wśród pojawiających się w programie wykonawców wymieniał Theloniusa Monka, Billa Evansa, Sonny’ego Rollinsa, Freddiego Hubbarda, Kenny’ego Dorhama, Clifforda Browna, Larry’ego Coryella, Johna Abercrombiego czy Urszulę Dudziak, Michała Urbaniaka i Adama Makowicza. Po przemianach roku 1989 w redakcji nastąpił rozłam. Część zespołu chciała kontynuować dotychczasową misję, część postawić na muzykę. W głosowaniu wygrali ci drudzy. I tak narodziło się Radio RDH Jazzest. Zmieniła się też lokalizacja anteny nadawczej – na stylizowane na nowojorskie WTC wieżowce Tours Mercuriales przy rue Jean Jaurès 40 w Bagnolet na przedmieściach Paryża. Nowa formuła nie przypadła jednak do gustu radzie wydającej koncesje i w 1991 roku stacja musiała zakończyć działalność.
Ostatnie dwie dekady XX wieku to zresztą bardzo ciekawy okres we francuskim eterze zasługujący na osobny artykuł. A skoro już o tym czasie mowa, nie można zapominać o powiązaniach naszych rodzących się w 1990 roku nadawców z Francuzami. Radio RMF narodziło się we współpracy z Radiem FUN, a Radio Zet przy wsparciu Radia France.
Paweł Szulkin
Naszą wycieczkę po stolicy Francji zaczynaliśmy od niedoszłego – jak się okazało – polskiego radiowca. Zakończmy ją pochowanym w Paryżu radiowcem z krwi i kości. Człowiekiem, który zmarł na emigracji, bo Polska Rzeczpospolita Ludowa nie pozwoliła mu wrócić z placówki, na którą go wysłała…
Paweł Szulkin urodził się 29 sierpnia 1911 roku w położonej na Wileńszczyźnie miejscowości Smorgonie, która – jak odnotował 13 lat później „Dziennik Bydgoski” – dzierżyła tytuł najmniejszego miasta w Polsce, liczącego ledwie stu mieszkańców. Był synem Idela Szulkina i Małki Frydzon. Jak wspomina jego biogram opublikowany na stronach Politechniki Gdańskiej, podczas nauki w wileńskiej szkole średniej został aresztowany za poglądy. Wykupiony przez rodziców po raz pierwszy trafił do Paryża. Tam zdał maturę i podjął studia w Wyższej Szkole Elektryczności (Ecole Superieure d'Electricite), a następnie – w roku 1936 – uzyskał doktorat z fizyki na Sorbonie. Po powrocie do Polski pracował jako główny konstruktor w zakładach Elektrit w Wilnie. Po wybuchu wojny został wywieziony w głąb ZSRR, gdzie w obozie dla naukowców opracowywał systemy łączności. W 1941 roku został skierowany do Akademii Łączności w Moskwie, a dwa lata później wstąpił do I Armii Wojska Polskiego, z którą w 1944 roku wkroczył do Lublina. Tam organizował Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej z siedzibą w Lublinie. Następnie został wicedyrektorem technicznym Polskiego Radia odpowiedzialnym za odbudowę stacji w Raszynie. Wtedy po raz pierwszy spotkał Mariannę Sankiewicz, wówczas 24-latkę, która zgłosiła się do pracy w radiu. Do kolejnego spotkania doszło w Gdańsku, gdzie Sankiewicz na własną prośbę skierowana została do miejscowej rozgłośni Polskiego Radia, a także na studia. Szulkin objął wówczas Katedrę Radiotechniki na Politechnice Gdańskiej, a wkrótce został promotorem jej pracy. Z jego inicjatywy powstało Przedsiębiorstwo Państwowe Morska Obsługa Radiowa Statków (MORS), a także – gdy już przeszedł do Warszawy – Wydział Łączności na Politechnice Gdańskiej, której był rektorem w latach 1949-1951. W stolicy pracował na Politechnice Warszawskiej, w Zakładach Radiowych im. Marcina Kasprzaka i w Zakładzie Elektrotechniki Teoretycznej Instytutu Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk. W latach sześćdziesiątych XX wieku powrócił do Paryża, gdzie został wysłany jako przedstawiciel Polski przy UNESCO. Wydarzenia roku 1968 w Polsce sprawiły, że zabroniono mu wracać do kraju. Osiadł w Lyonie, gdzie pracował na jednej z uczelni i zmarł 15 września 1987 roku. Pochowany został w Paryżu, na cmentarzu Père-Lachaise.
Tam doszło do kolejnego, symbolicznego spotkania z Marianną Sankiewicz. Gdy dotarła nad Sekwanę ze swoimi studentami trzynaście lat po jego śmierci, odnalazła skromną w formie i treści tablicę nagrobną. Wówczas w jej głowie zrodził się pomysł, aby zastąpić ją nową, zawierającą informacje o dokonaniach profesora. Dzięki staraniom władz Politechniki Gdańskiej i byłych studentów Marianny Sankiewicz udało się ten zamysł zrealizować. W 2007 roku przygotowana w Polsce tablica trafiła samolotem do Paryża.
Na zakończenie kilka odnośników do stron dokumentujących – również fotograficznie – historię francuskiej radiofonii i telewizji…
- https://web.archive.org/web/20160112190823/http://100ansderadio.free.fr/
- https://www.radiotsf.fr/
- http://819lignes.free.fr/Histoire_de_la_television_francaise.html
- http://www.schoop.fr/index.php
- https://mixture.fr/index.php
- http://www.radioscope.fr/grilles/libres/paris.htm
- https://www.ina.fr/ina-eclaire-actu/video/caa8100789201/les-radios-libres
- http://www1.rfi.fr/actupl/articles/114/article_8045.asp
- https://czasopisma.ipn.gov.pl/index.php/pis/article/view/430


Comments
There are no comments