Wydarzyło się 30.09.1925

Na ostatni dzień września radiowa historyjka o pani Loli i jej mężu opublikowana równo sto lat temu w „Kurjerze Warszawskim”.
Pani Lola, powróciwszy od znajomych z koncertu radiowego nie tracąc ani chwili czasu zaczęła małżonkowi ciosać misterne kołeczki na głowie i czyniła ten niezawodny zabieg bez przerwy, póki się mąż nie zgodził na urządzenie u siebie w domu. Czego się bowiem nie robi dla szczęścia i spokoju w stanie małżeńskim?
W ciągu kilku dni gorącym pragnieniom pani Loli stało się zadość, bo jakieś biuro techniczne zrobiło instalację za stosunkowo niewielką cenę, a przytem (są jeszcze poczciwi ludzie!) na raty, co znów pana domu życzliwiej usposobiło do wynalazku Marconiego.
Z chwilą gdy aparat zaczął działać przestały nagle funkcjonować drzwi wejściowe, nie zamykały się już bowiem wcale, wpuszczając całe masy krewnych i znajomych, którzy pragnęli na własne oczy i uszy przekonać się o doniosłości radia. Ci znajomi sprowadzali nazajutrz mnóstwo swoich znajomych, któż bowiem nie wysłucha pięknego koncertu mając po temu okazję? Tłum gości zwiększał się z dnia na dzień tak, że trzeba było z salonu wynieść fortepian i inne meble przeszkadzające gościom zmuszonym wobec tłoku do lokowania się na schodach, gdzie oczywiście gorzej było słychać niż w pokoju.
Po dwóch tygodniach działalności radia pan domu dostał newralgicznego bólu głowy, pani Lola zaś zdradzała początki dobrze zapowiadającej się histerji. Tak przynajmniej orzekł lekarz, radząc jednocześnie usunięcie przyczyny dla uniknięcia dalszych następstw. Pani Lola miała już widocznie tego dość, a może nadszedł zapowiadany przez lekarza atak, bo porozbijała aparat, a na drzwiach mieszkania wywiesiła kartkę z zawiadomieniem o wyjeździe dla poratowania zdrowia. Istotnie wyjechali oboje do sanatorjum, aby przeprowadzić sumienną kurację hydropatyczną.
Po powrocie seansów już nie wznawiali, przyszli bowiem oboje do wniosku, że radio jest wspaniałym wynalazkiem, ale słuchać go można tylko u znajomych.
Przejdźmy do spraw poważniejszych. Po artykułach w prasie poznańskiej i krakowskiej wylewających żale na tamtejsze stacje radiotelegraficzne przyszła pora na Warszawę. W środowym wydaniu tematem zajęła się „Rzeczpospolita”.
Dochodzą nas liczne skargi radjoamatorów na warszawską stację wojskową w Cytadeli. Mianowicie: w godz. 8-11 wieczorem, kiedy radjoamatorzy zasiadają do aparatów w zamiarze słuchania koncertów zagranicznych, stacja warszawska radjotelegraficzna rozpoczyna ożywioną korespondencję z licznemi stacjami garnizonowemi, całkowicie uniemożliwiając słuchanie transmisji broadcastingowych.
Radjoamatorzy wskazują na okoliczność, że stacje radjotelegraficzne Gen. Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Krakowie i Poznaniu idąc właśnie na rękę radjoamatorom we wspomnianych wyżej godzinach wstrzymują nadawanie całkowicie. Czyby i nasza stacja warszawska nie mogła poświęcić trzech godzin: od 20.00 do 23.00 dla radjoamatorów i załatwić swojej korespondencji w godzinach innych?
A na zakończenie – za „Dziennikiem Poznańskim” – jeszcze słowo o dalekim odbiorze pewnej amatorskiej stacji doświadczalnej…
Amatorska doświadczalna stacja nadawcza w Brunświku nadaje regularnie co piątek w nocy na fali 255 metrów. Stacja pracuje 5 watową lampą nadawczą firmy Telefunken. Według otrzymanych doniesień słyszano tę stację, pomimo minimalnej energji, w Fordon nad Wisłą i Jeleniogórze na Śląsku, to znaczy w odległości 520 i 320 kilometrów. Odbierano bardzo prostą aparaturą […] przy zwykłej antenie otwartej. Odbiór był głośny i doskonale modulowany.
Ilustracja tytułowa: Domówka z radiem według pisma „Radio News”
Źródło ilustracji tytułowej: „Radio News” 1/1926


Comments
There are no comments