RadioPolska.pl - Jeszcze więcej radia!

Jeszcze więcej radia!
Ilustracja tytułowa dla dnia: 29.03.1926. Tadeusz Boy-Żeleński, Zygmunt Nowakowski i fragment artykułu „Sowiety w teatrze”. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe; „Kurjer Poranny”, 25.03.1926

W czwartek, 25 marca 1926 roku, na łamach „Kurjera Porannego” ukazał się felieton Tadeusza Boy’a-Żeleńskiego „Sowiety w teatrze”. Wspomniany tekst był przedmiotem pierwszej chyba radiowej polemiki z prasą. Do pełnego tekstu wygłoszonego w poniedziałek, 29 marca 1926 roku, odczytu przygotowanego przez pracującego w Teatrze Małym dra Zygmunta Nowakowskiego – artystę dramatycznego i reżysera – nie udało nam się dotrzeć. Jego fragmenty pojawiały się jednak w dalszych polemikach w prasie. Całą sprawę przybliżało m.in. „Echo Warszawskie”:

Sfery artystyczne Warszawy poruszone są od paru dni faktem, który się zdarzył w warszawskim teatrze Małym u dyr. Szyfmana. Oto aktorzy, po przeczytaniu sztuki St. Witkiewicza „Tumor Mózgowicz” zwrócili dyrekcji role z zawiadomieniem, że nie rozumiejąc utworu grać w tej sztuce nie mogą i nie będą. Fakt ten dał asumpt Boyowi-Żeleńskiemu do napisania artykułu „Sowiety w teatrze”, gdzie ten błyskotliwy feljetonista potępia w ostrych wyrazach decyzję aktorów i mówi między innemi:

„A teraz kwestja zasadnicza: Czy nieodzownem jest, aby aktor rozumiał sztukę lub nawet aby całkowicie rozumiał swą rolę? To bardzo względne: gdyby brać tak ściśle, który aktor mógłby grać, dajmo na to, Fausta? Ale i nie sięgając tak wysoko: wszak poziom inteligencji aktorów bywa bardzo rozmaity. Ładnieby wyglądał teatr, gdyby swój repertuar musiał dostrajać do najniższej miary swoich członków! Można być niezłym, a nawet dobrym aktorem nie mając wykształcenia ani inteligencji. Wówczas może wystarczyć intuicja aktorska: aktor staje się instrumentem przez który przemawia autor przy pomocy reżysera”. W dalszym ciągu Boy atakuje krytykę, która przez entuzjastyczne superlatywy recenzyjne hoduje megalomanję aktorską, odmawiającą „wstępu na scenę utworowi pisarza, w którym granie powinno sobie mieć za zaszczyt”. Następnie Boy łączy ten objaw manji wielkości „z zastraszająco szerzącym się wśród młodego pokolenia aktorskiego dzikim alkoholizmem” i wreszcie wzywa Związek Autorów Dramatycznych i Związek Artystów Scen Polskich do ustosunkowania się w tej sprawie i do wywarcia zbiorowej presji ze strony krytyki, by sztuka Witkiewicza została niezwłocznie przywrócona.

Apel odniósł skutek: Związek Autorów Dramatycznych w osobnej uchwale potępił stanowisko aktorów, jako wkraczające nie w swoje kompetencje, bo w kompetencje repertuarowe, stanowiące prawo i przywilej dyrekcji, zaś Związek Artystów Scen Polskich na obecnym zjeździe był o te sprawy interpelowany i niewątpliwie jakąś decyzję poweźmie.

Powstrzymując się narazie od wypowiedzenia się w tej sprawie, którą uważamy za zasadniczą, dodać tu należy, że atak Boya wywołał odpowiedź ze strony jednego z najkulturalniejszych aktorów i reżyserów, dra fil. Zygmunta Nowakowskiego.

Dr Nowakowski w rzeczowej, a lekko pisanej odpowiedzi, broni stanowiska aktorów i podkreśla, że niema powodów do zbytecznych alarmów i do uogólnień krzywdzących moralnie ogół aktorski, gdyby bowiem dyrekcja teatru za wszelką cenę pragnęła istotnie przeforsować eksperymentalny utwór Witkiewicza, mogła wszak obsadzić sztukę innymi aktorami, którymi rozporządza, a którzyby byli odważniejsi od swych kolegów nie czujących się na siłach do realizowania „Tumora Mózgowicza”. Nowakowski podkreśla, że gdyby zbagatelizować czynnik inteligencji i konieczność rozumienia roli (elementarne abecadło wszelakiej twórczości aktorskiej), a nawet i czynnik intuicji zlekceważyć „aktorzy mogliby już tylko mechanicznie i bez przekonania wypełniać wskazówki reżysera. Byłby to rodzaj wykwintnych robót przymusowych”. A dalej mówi Nowakowski: „Przed takiem pojmowaniem sztuki aktorskiej bronił się ów aktor i miał świętą rację po trzykroć! Twierdzę, że nawet skazańcy, którzy z nudów organizują w więzieniu teatr amatorski mieliby prawo odrzucić rolę w „Tumorze Mózgowiczu”. Tego prawa nie można odmawiać aktorowi, który – wprawdzie nie tak, jak krytycy – ale także odrobinę zna się na teatrze. Nie wolno go pozbawiać prawa decydowania o samym sobie, o własnym kierunku, o swej karjerze i indywidualnym rozwoju – jednem słowem – nie wolno go pozbawiać zdobyczy demokratycznych, jakie sobie wywalczył każdy rzemieślnik i każdy zawód. Zresztą przed wszelką samowolą aktorów chronią teatry prawdziwie drakońskie regulaminy i kontrakty”… „Żadnej pracy nie można narzucić nikomu, a tembardziej artyście, który musi przystępować do danego tematu choćby z minimum przekonania”. Po trafnem omówieniu etapów rozwoju twórczości Witkiewicza, w której „Tumor Mózgowicz” należy do embrjonalnych początków, dr Nowakowski kończy temi słowy: „Na zakończenie proszę, abyś pamiętał, że Ty tylko flirtujesz z Melpomeną, my zaś kochamy ją naprawdę, będąc zresztą potrosze na utrzymaniu u tej pięknej pani”.

Inny fragment przywoływał redaktor piszący „Niedyskrecje teatralne” w „Kurjerze Porannym”:

Wspominaliśmy, że nasz artykuł pt. „Sowiety w teatrze” wywołał wśród aktorów duże rozgoryczenie. „Jakto! (mówiono) wszak cała rzecz sprowadza się ostatecznie do oddania roli przez jednego artystę; rzecz dopuszczalna i zdarzająca się często”. Jestto ujęcie sprawy czysto formalne; tu chodziło o rzecz bardziej zasadniczą. Że ona jest zasadniczą dowodzi feljeton artysty teatrów Szyfmanowskich, p. Z. Nowakowskiego, zamieszczony wczoraj w jednem z pism. W artykule tym rozwijającym jawnie sztandar czytamy:

(Witkiewicz)… „jest u nas może najbardziej żywotnym talentem komedjopisarskim. Szalone wprost bogactwo możliwości, niesłychana śmiałość pomysłów, kopalnia sytuacji i charakterów, zdolność mistrzowskiego żonglowania słowem itd. itd. – wszystko to potraktowane poważnie może otworzyć przed p. Witkiewiczem wspaniałą drogę. Jestem pewien, że przejdzie tę drogę celująco i (jeśli już koniecznie uogólniać musimy drobny epizod) tego mu życzą, tego nawet od niego żądają aktorzy polscy, którzy zrobili już wszystko, co do nich należało: zagrali p. Witkiewiczowi cztery eksperymentalne sztuki. Z przyjemnością zagrają piątą, szóstą i dziesiątą, o ile w swem aktorskiem sumieniu skonstatują pewien postęp u autora, o ile stwierdzą, że ten utalentowany poeta przestał się nareszcie bawić i robić szopę z teatru, a poświęcił mu naprawdę swoje zdolności”.

Ustęp ten stwierdza w całej pełni, że nie chodziło tu o poszczególny wypadek oddania roli, ale o prawdziwe „sowiety w teatrze”, o bojkot utworu na zasadzie cenzury prywatnej aktorów. P. Nowakowskiego (który zresztą nie był obsadzony w sztuce Witkiewicza) sprowadziło może na manowce to, że jest on równocześnie aktorem i literatem, autorem dramatycznym. Jako literat ma on oczywiście wszelkie tytuły aby sądzić w druku utwory Witkiewicza i każdego innego; ale kiedy, jako aktor, staje niejako na czele bojkotu sztuki przeznaczonej do grania i kiedy się powołuje na sumienie aktorskie, aby dla swego widzimisię wypędzać ze sceny kolegę-autora, któremu przyznaje aż tyle atutów, wówczas rola jego w teatrze staje się bardzo osobliwa…

Program na poniedziałek, 29 marca 1926 roku (Polskie Radjo)

Próby techniczne celem dostrojenia stacji

„Nasz Przegląd” (29.03.1926)

Odczyt: Modlitwa do Boy’a o lekką śmierć. Odpowiedź polemiczna na głośny artykuł Boy’a Żeleńskiego Sowiety w Teatrze
dr Zygmunt Nowakowski /artysta dramatyczny; reżyser i literat/

„Warszawianka” (31.03.1926), „Echo Warszawskie” (1.04.1926)

Ilustracja tytułowa: Tadeusz Boy-Żeleński, Zygmunt Nowakowski i fragment artykułu „Sowiety w teatrze”

Źródło ilustracji tytułowej: Narodowe Archiwum Cyfrowe; „Kurjer Poranny”, 25.03.1926

Comments

There are no comments

Post a comment