„Pozostaje pytanie jak ciężko mu było poradzić sobie z tym, co zastał po przyjeździe do Polski po wojnie już” – losy Juliusza Petry’ego, przedwojennego dyrektora Polskiego Radia Lwów i Polskiego Radia Wilno wspominała jego wnuczka, Joanna Petry-Mroczkowska – „Istnieją takie domniemania, że coraz trudniej mu było jednak patrząc na to, co się działo… Usiłował coś tam odtwarzać, podkreślał w przemówieniu otwierającym radio [Wrocław], że to teraz język polski będzie królem… Tylko polskim językiem można mówić kłamstwa również”. Zderzeniem z nową rzeczywistością było z pewnością wezwanie na przesłuchanie po tym, gdy technicy podczas prób wyemitowali piosenkę „Tylko we Lwowie”. Z czasem stawało się to coraz bardziej widoczne. „Dziadek był w 51 czy w 52 roku kierownikiem w telewizji, potem zaczął chorować” – wspominała pani Joanna – „Po nim nastąpiła działaczka komunistyczna – już taka, że bardziej nie można… Pani Brunowa Eugenia to już była taka bardzo twarda postać, która tam miała dbać o to, żeby to wszystko wyglądało jak trzeba”.
Przy mikrofonie...
Joanna Petry-Mroczkowska jest doktorem filologii romańskiej, tłumaczką, eseistką i autorką książek. Publikowała m.in. w „Znaku”, „Więzi”, „W drodze” i w „Tygodniku Powszechnym”. Z natury rzeczy z Dziadkiem, Juliuszem Petrym – literatem, przedwojennym dyrektorem Polskiego Radia Lwów i Polskiego Radia Wilno – miała ograniczony kontakt, bo kiedy on po wojnie pracował we Wrocławiu i w Warszawie, ona wzrastała w Krakowie. Gdy miała 5 lat, Dziadek ciężko zachorował i doznał paraliżu. Zmarł siedem lat później, na początku 1961 roku. W ostatnim czasie pani Joanna zajmuje się badaniem historii swojej rodziny. Ciągle odkrywa ciekawe fakty dotyczące wybitnego Dziadka i jego trzech utalentowanych sióstr.


